Iran nie będzie Irakiem

Czy to ostatnie dni, może tygodnie, władzy ajatollahów w Iranie? Wiele na to wskazuje. Jeszcze więcej znaków świadczy o tym, że ewentualna interwencja USA nie skończy się tak, jak skończyła się w Iraku.

Jak się mówi: Irak czy Iran? Obie formy są poprawne… Ten powtarzany do znudzenia przy różnych okazjach dowcip tym razem może okazać się – czytając literalnie – wyjątkowo nietrafiony. To jasne, że różnice między oboma krajami zawsze były i są zdecydowanie większe niż – nie przymierzając – między Polską a Francją czy między Norwegią a Italią. I choć z perspektywy przeciętnego zachodniego odbiorcy generalnie wszystko, co bliskowschodnie, zlewa się w jeden monolit, w rzeczywistości to tygiel nieraz radykalnie odmiennych wizji świata, religii, polityki, relacji międzyludzkich i stosunków międzynarodowych. 

Być może niedługo przekonamy się, że zasadnicze różnice między Irakiem a Iranem okażą się jeszcze wyraźniejsze, gdy dojdzie do rzeczywistego załamania się władzy ajatollahów. I tak jak interwencja USA w Iraku doprowadziła nie tylko do obalenia dyktatora, ale również do wieloletniej, krwawej wojny domowej, której skutki rozlały się również na inne kraje, w tym Syrię, tak tym razem można spodziewać się może nie tyle „aksamitnej rewolucji” (bo ofiary śmiertelne były, są i będą), ile o wiele bardziej „płynnej” operacji zmiany systemu i przejścia do nowego ustroju. 

Co o tym świadczy? Po pierwsze, nigdy wcześniej przy społecznych niepokojach w Iranie władza ajatollahów nie szykowała się tak mocno do ewakuacji. Dziś już wiemy, że nad Iranem latają rosyjskie samoloty wojskowe, które od dłuższego czasu (według niektórych źródeł nawet od listopada zeszłego roku) wywożą złoto zgromadzone przez ludzi związanych z władzą. Po drugie, sam Najwyższy Przywódca, Ali Chamenei, wraz z rodziną i najbliższymi współpracownikami, są de facto gotowi na ewakuację i schronienie się w Moskwie (to wersja oficjalna, bo w rzeczywistości być może ewakuacja już jest przeprowadzana lub w jakiejś części dokonana). Po trzecie, skala protestów objęła tak wiele miejscowości, jak nigdy wcześniej, w tym również – co istotne – drugie co do wielkości (po Teheranie) miasto, czyli Meszhed, liczące prawie 3 mln mieszkańców, z którego wywodzi się Chamenei, a z którego pod wpływem protestów zaczęły wycofywać się „siły bezpieczeństwa”. Po czwarte, ze Stanów Zjednoczonych płyną nie tylko jednoznaczne groźby Donalda Trumpa, że jest gotowy użyć siły, by obalić rządy ajatollahów, ale wiemy też, że w Zatoce Perskiej siły amerykańskie są praktycznie gotowe do uderzenia w każdej chwili. Do tego deklaracje Izraela, zachęconego wcześniejszym swoim sukcesem, jakim było uderzenie – oficjalnie – w instalacje nuklearne w Iranie, świadczą o wyjątkowej determinacji, by tym razem pozbyć się swojego największego w regionie wroga. I właściwie ostatniego tak potężnego wroga. 

Ale być może najbardziej znaczącym sygnałem o szykowanej zmianie władzy w Iranie jest coś, co trochę umyka światowym mediom, a wydaje się bardzo czytelne: do udziału w styczniowym Jerusalem Prayer Breakfast w prywatnej rezydencji Trumpa na Florydzie, został zaproszony niejaki…książę Cyrus Reza Pahlavi. Brzmi znajomo? Tak jest – to najstarszy syn ostatniego szacha Iranu, Mohammada Rezy Pahlaviego, obalonego przez islamską rewolucję w 1979 roku. Zresztą sami Irańczycy, mieszkający w USA, nie ukrywają, że liczą na to, że potomek szacha, z pomocą USA obejmie władzę w Teheranie.

To wszystko i wiele innych jeszcze znaków wskazuje na to, że tym razem Izrael i USA zrobią to, o czym marzyło przez ostatnie cztery dekady lat wielu przywódców w Waszyngtonie i Jerozolimie – że największy sponsor antysyjonistycznego terroryzmu zostanie obalony. Ba, o tym samym marzą od dawna arabscy sąsiedzi Izraela – nawet niegdyś wrogowie syjonizmu, a dziś całkiem poprawni partnerzy. 

To wszystko sprawia, że ewentualna interwencja w Iranie może okazać się czymś innym niż atak na Irak. Przestrzegałbym jednak przed nadmiernym optymizmem. Bo nawet jeśli operacja wojskowa i obalenie ajatollahów okaże się precyzyjnym „chirurgicznym zabiegiem” z wojskowego punktu widzenia, a sam kraj nie pogrąży się w wojnie domowej, to bynajmniej nie oznacza, że w Iranie automatycznie nastaną czasy demokracji i poszanowania praw wszystkich obywateli. Owszem, syn szacha nie jest swoim ojcem (który tworzył jednak dyktaturę, tyle że z amerykańskim błogosławieństwem) i ma doświadczenie wartości świata demokratycznego, ale jednak objęcie przez niego władzy będzie wiązało się również z koniecznością zarządzania licznymi ruchami oporu ludzi powiązanych z dzisiejszym reżimem. A to zarządzanie nie będzie raczej miało wiele wspólnego z wartościami demokratycznymi. Poza tym, sam Pahlavi nie ukrywa, że jego celem jest przywrócenie monarchii w Iranie, co w tamtych warunkach raczej trudno będzie zrealizować w formacie monarchii konstytucyjnej. 

Być może jednak uda się uniknąć chaosu, do jakiego doprowadziła wojna w Iraku. A gdyby jeszcze jakimś cudem Iran przeobraził się jednak w monarchię konstytucyjną, z dominującą rolą typowo demokratycznych ośrodków władzy, byłby to z pewnością niezwykły wyczyn wszystkich zaangażowanych w obalenie władzy ajatollahów. 

Iran nie będzie Irakiem   Irańczyk z flagą Iranu sprzed rewolucji islamskiej EPA/Matias Basualdo
« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina Jacek Dziedzina W „Gościu” od 2006 roku. Z wykształcenia socjolog. Twórca i redaktor naczelny magazynu popularnonaukowego „Historia Kościoła”. Kierownik Działu „Świat” w GN. Wcześniej odpowiedzialny m.in. za rozwój portalu gosc.pl. Autor kilku tysięcy artykułów, w tym reportaży z całego świata, wywiadów i analiz. Specjalizuje się w tematyce międzynarodowej i sprawach związanych z nową ewangelizacją i życiem Kościoła. Członek Zarządu Alpha Polska. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii „Publicystyka”. Wydawca, producent i autor książek.