Gdy język przestaje opisywać świat, ludzie zaczynają go parodiować. Dzisiejsza fala kpiarskich tytułów książek zaskakująco przypomina mechanizm humoru znanego z czasów PRL.
10.01.2026 16:32 GOSC.PL
„Osoba Wołodyjowska”, „Osoby krzyżackie”, „Latarniszcze”, „Osoba siłująca” – okładki książek z tego typu tytułami od kilku dni zalewają media społecznościowe. Kreatywność internautów rośnie niczym apetyt w miarę jedzenia, więc można znaleźć już także „Czyn bezprawny oraz konsekwencje prawno-etyczne wobec osoby sprawczej” Fiodora Dostojewskiego czy „Rejestracja notarialna statusu osoby najbliższej” Wyspiańskiego.
Trend jest rzecz jasna odpowiedzią na obowiązujące od Wigilii przepisy, nakazujące stosowanie w ogłoszeniach o pracę „neutralnych płciowo nazw stanowisk”. Przeróbki zaczęły się od prób zastąpienia nazw „budowlaniec” na „budowlańcze” czy „osobę budującą”, a później ruszyła lawina. Prawo nie stworzyło tej nowomowy, ale podniosło ją do rangi obowiązku, co wywołało masową, kpiarską reakcję.
Sytuacja przypomniała mi słynne komunikaty Radia Erewań, które jak grzyby po deszczu wyrastały w czasach słusznie minionych. „ Co to jest kwartet smyczkowy? - Moskiewska orkiestra symfoniczna po powrocie z tournee zagranicznego”. „Czy w Związku Radzieckim pszenica rośnie jak słupy telegraficzne? – Tak. Albo jeszcze rzadziej”. „Czy w Związku Radzieckim istnieje cenzura poczty? W zasadzie nie, jednakże listy o antyradzieckiej treści nie będą doręczane”.
I jedne i drugie żarty są odpowiedzią na absurd, serwowany przez władzę. Ktoś powie – w PRL-u sytuacja była zupełnie inna, o wielu rzeczach nie można było mówić wprost, więc ironia była jednym z niewielu narzędzi do komentowania nonsensownej, a często okrutnej rzeczywistości. Oczywiście nie ośmielam się zestawiać współczesnych realiów z życiem w komunistycznej Polsce. Mechanizm społeczny jest jednak podobny. Wówczas władza narzucała narrację, obecnie próbuje regulować język. A wtłaczana dziś siłą polityka inkluzywności rodzi opór. Skutek? I wówczas i teraz – poczucie wspólnoty i dystansu do oficjalnej narracji, serwowanej przez władzę.
Humor pojawia się, gdy coś przekracza granice społecznej akceptacji. „W ciężkich czasach ironia i żart są jak igły nakłuwające groźnie wyglądającą, bo pompowaną strachem kukłę (kogoś lub czegoś). Od tego nakłucia kukła zazwyczaj nie pęka, ale my przestajemy się bać. Słysząc, jak powoli schodzi z niej powietrze, już wiemy, że owszem, to olbrzym, ale pusty w środku” – pisze o. Wojciech Ziółek SJ w felietonie w najnowszym numerze „W drodze”.
Póki co najlepsze, jakie widziałam :) pic.twitter.com/KuZNZ7cQGu
— Agnieszka Huf (@agnieszka_huf) January 9, 2026
Dziś za użycie niewłaściwego słowa nie grozi nam co prawda więzienie, ale kara administracyjna w wysokości kilku tysięcy złotych za niestosowanie neutralnych płciowo nazw stanowisk (podobną kwotą może maksymalnie ukarać nas policjant za rażące naruszenie zasad ruchu drogowego) jest wystarczającą groteską, żeby wywołać reakcję obronną. Dzisiejszy absurd nie jest dziełem anonimowego systemu. Ma swoje źródło w konkretnych decyzjach politycznych, tyle że zamiast propagandy dostajemy regulację języka, która w imię równości produkuje nowe formy komizmu. Kiedy język przestaje opisywać rzeczywistość, ludzie zaczynają go parodiować.
Zakończę wpisem byłego premiera Leszka Millera, wyśmiewającego „wielki sukces Lewicy”, który usuwa z rynku pracy stolarza, przedszkolankę czy opiekunkę. „Lepiej wszystko rozmyć, bo dotychczasowe nazewnictwo może kogoś urazić, wykluczyć albo – co gorsze -– pozwolić się domyślić, kto robi co i dlaczego. Skoro nie wolno już nazywać rzeczy po imieniu, to nie ma się co dziwić, że coraz trudniej odróżnić zdrowy rozsądek od absurdu” – pisze były przewodniczący SLD. I trudno się z nim nie zgodzić.
Agnieszka Huf
Dziennikarka, redaktor portalu „Gościa Niedzielnego”. Z wykształcenia pedagog i psycholog, przez kilka lat pracowała w placówkach medycznych i oświatowych dla dzieci. Absolwentka Akademii Dziennikarstwa na PWTW w Warszawie. Autorka książek „Zawsze myśl o niebie: historia Hanika – ks. Jana Machy (1914-1942)” oraz „Szczeliny. Bóg w popękanej psychice”.