Znaczna część swojego terytorium USA po prostu kupiły od innych państw. Prawdziwy zakupowy szał ogarnął Amerykanów w XIX wieku.
To ciekawe, ale nie zaskakujące, że u progu 2026 r. jednym z najgorętszych regionów świata jest skuta grubą warstwą lodu Grenlandia. Ciekawe, bo konsekwencja, z jaką prezydent Donald Trump wraca do tematu przejęcia (drogą kupna lub aneksji) z rąk Duńczyków tej największej wyspy świata, budzi niepokój zarówno wśród przeciwników, jak i sojuszników Stanów Zjednoczonych. Ci pierwsi obawiają się zdobycia przez Waszyngton dominacji w Arktyce, ci drudzy są zszokowani sposobem, w jaki obecny amerykański prezydent traktuje swoich aliantów, grożąc jednemu z nich rozwiązaniami siłowymi, jeśli ten nie spełni terytorialnych oczekiwań Białego Domu.
Oferta kupna Grenlandii przez Stany Zjednoczone nie jest jednak zaskakująca, bo wpisuje się w obecną praktycznie od początku istnienia tego państwa tradycję zwiększania swojego terytorium drogą handlową, ale także w wielokrotne próby zakupu tej właśnie wyspy, które Amerykanie podejmują systematycznie od lat 60. XIX. Rzućmy więc okiem na bogate doświadczenie Stanów Zjednoczonych na rynku nieruchomości wielkopowierzchniowych.
Największy zakup nieruchomości w historii ludzkości
Amerykanie, jak to Amerykanie – mają rozmach nie od dziś. Do największej transakcji nieruchomości w historii ludzkości doszło bowiem już w 1803 r., gdy młodziutkie jeszcze państwo amerykańskie nabyło od Francuzów Luizjanę. Nie była to jednak ta sama Luizjana, jaką znamy dziś, czyli średniej wielkości stan, położony nad zatoką Meksykańską. Na początku XIX wieku tereny, które dziś zajmują stany Zjednoczone, w pewnym uproszczeniu dzieliły się na trzy, potężne, rozciągające się z północy na południe pasy. Najbardziej wysuniętym na zachód – między Pacyfikiem, a Górami Skalistymi – zarządzało podupadające już imperium hiszpańskie. Teren ten znany był wówczas jako Wicekrólestwo Nowej Hiszpanii. Pas wschodni, dawne kolonie brytyjskie od wybrzeża Atlantyku po Apallachy, tworzyło nowe państwo amerykańskie ze stolicą w Waszyngtonie. Pas środkowy, od wąskiego wybrzeża w okolicach Nowego Orleanu, po rozległą granicę z kontrolowaną przez Brytyjczyków Kanadą, był kolonią francuską, która ponad sto lat wcześniej otrzymała nazwę Luizjana na cześć króla Ludwika XIV. Potężne terytorium miało ponad 2,14 mln km2 powierzchni – mniej więcej tyle samo, co ówczesne Stany Zjednoczone.
Młode państwo amerykańskie, ograniczone na wschodzie oceanem, szukało możliwości ekspansji na zachód, chciało też zabezpieczyć swoje prawo do kontroli żeglugi na rzece Missisipi i interesy w nowoorleańskim porcie. W obu tych sprawach konieczne były negocjacje z Francuzami. Ci jednak, pogrążeni w wojnach napoleońskich, chwilowo koncentrowali swoją uwagę na arenie europejskiej. Co więcej, Paryż potrzebował pieniędzy, by prowadzić działania wojenne przeciw Brytyjczykom. W tej sytuacji nie kto inny jak francuski minister Talleyrand miał wpaść na pomysł sprzedaży Luizjany Amerykanom. Dla Francji kolonia ta nie miała wielkiej wartości – przez ponad 120 lat na potężnych terenach udało się osiedlić tylko 30 tys. białych osadników, a obszar nadal nie był samowystarczalny ekonomicznie, w dodatku pretensje do tych ziem rościli sobie Hiszpanie i jeszcze w 1800 r. to oni kontrolowali znaczną ich część. Osłabiona niedawną rewolucją Francja miała chwilowo inne zmartwienia – jeszcze nie koronowany na cesarza Napoleon Bonaparte walczył o utrzymanie przez Paryż mocarstwowej pozycji.
Amerykanom pomysł kupna Luizjany się spodobał. Warunki sprzedaży dograno w 1803 r. Francja otrzymała za rozległą kolonię 78 mln franków, z czego część środków Stany Zjednoczone pożyczyły w najstarszym, brytyjskim banku inwestycyjnym.
Po dopięciu kontraktu pełniący funkcję amerykańskiego posła w Paryżu Robert Livingston miał powiedzieć, że „od tego dnia Stany Zjednoczone stały się mocarstwem pierwszej rangi”. Powierzchnia nowego państwa zwiększyła się dwukrotnie, a na zakupionym od Francuzów obszarze znajduje się dziś 13 stanów: od Montany i Północnej Dakoty na północy, po część Teksasu i obecną Luizjanę na południu.
Bezwzględne interesy z Hiszpanami
Na skutek zakupu Luizjany znacząco wydłużyła się granica amerykańsko-hiszpańska. Już w kolejnym roku po zakupie francuskiej kolonii rozpoczęto w Madrycie negocjacje dotyczące przylegającej do Luizjany, a kontrolowanej przez Hiszpanów Florydy. Ze strony amerykańskiej prowadził je m.in. James Monroe – późniejszy prezydent i twórca tak lubianej przez środowisko Donalda Trumpa Doktryny Monroe’a. Na drodze negocjacji nie osiągnięto oczekiwanego skutku, postanowiono więc włączyć do procesu argumenty siły. Bez wątpienia było to możliwe ze względu na słabość, jaką przeżywało pogrążone w kryzysie państwo konkwistadorów.
Potężne niegdyś imperium było w tym czasie kolosem na glinianych nogach. Proklamowanie w 1810 r. przez Meksyk niepodległości i trwająca przez kolejną dekadę wojna miała być ostatecznym ciosem, który doprowadziło do upadku Wicekrólestwa Nowej Hiszpanii. Tylko w 1821 r. niepodległość od Hiszpanii ogłosiło kilka państw Ameryki Środkowej: m.in. Honduras, Kostaryka, Salwador, Gwatemala czy Nikaragua. Stany Zjednoczone postanowiły tę sytuację wykorzystać. Jednak już wcześniej, bo w 1818 Madryt, zmuszony walką na wielu frontach, ponownie usiadł do negocjacji z Waszyngtonem. Porozumienie zawarte między sekretarzem stanu Johnem Quincy Adamsem a hiszpańskim ambasadorem Louisem de Onis zakładało przejęcie przez Stany Zjednoczone całej Florydy i uznanie amerykańskich roszczeń dotyczących Oregonu, co kosztowało Amerykanów 5 mln dolarów, w dodatku wypłacone nie do madryckiego skarbca, a w formie odszkodowań dla własnych obywateli wysuwających roszczenia wobec Hiszpanii. Floryda to był w wykonaniu Amerykanów naprawdę „niezły deal” – mówiąc językiem związanego z tym stanem Donalda Trumpa.
Znacznie bardziej wymagającym rywalem okazał się Meksyk. Młode państwo kontrolowało do lat 40. XIX wieku przejęte po Hiszpanach znaczne tereny na zachodzie kontynentu. Amerykanie wywalczyli je na skutek wojny w latach 1846-48, jednak pięć lat po jej zakończeniu zakupiono jeszcze od Meksykanów blisko 77 tys. km2 terenów dzisiejszej Arizony i Nowego Meksyku. Tzw. Zakup Gadsdena kosztował Waszyngton 10 mln ówczesnych dolarów, a ziemia ta była potrzebna do budowy linii kolejowej łączącej wschód z zachodem kraju.
Niedoceniona (przez Rosjan) Alaska
Najbardziej znaną transakcją, w wyniku której Stany Zjednoczone powiększyły swoje terytorium był zakup Alaski od Rosjan. Początki rosyjskiej kolonizacji Alaski sięgają połowy XVII wieku, jednak faktyczne stworzenie tam rosyjskiej kolonii miało miejsce ponad 100 lat później, za panowania Katarzyny. Co ciekawe, Rosjanie unikali określania Alaski kolonią z niemal równie wielką konsekwencją, z jaką dziś unikają określania swojej napaści na Ukrainę terminem „wojna”. Ekspansja Rosjan w rejonie Pacyfiku była szczególnie silna na przełomie XVIII i XIX wieku – carat podjął nawet próbę opanowania wysp Hawajskich, którą jednak skutecznie, po dwóch latach przerwali Amerykanie.
Aktywność Rosji w Ameryce osłabła jednak po wojnach napoleońskich – europejski teatr stał się dla carskiego imperium zbyt angażujący, by trwonić siły i zasoby za Pacyfikiem. W połowie wieku XIX stosunki amerykańsko-rosyjskie były przyjazne i już w 1854 r. Amerykanie po raz pierwszy złożyli Moskwie ofertę kupna Alaski. Rosjanie dali się przekonać 12 lat później i ostatecznie transakcję sfinalizowano w grudniu 1866 r. Za potężny obszar otrzymali nieco ponad 7 mln dolarów, jednak ta inwestycja zwróciła się Amerykanom bardzo szybko, gdyż niedługo po przejęciu ziem, na Alasce odkryto bogate złoża surowców, w tym złota.
Grenlandia – do czterech razy sztuka
Właśnie wtedy zachęcony kupnem Alaski sekretarz stanu William Seward postanowił pójść za ciosem i skierował wzrok w stronę Grenlandii i Islandii (obu pod kontrolą Królestwa Danii) i Kanady (będącej kolonią brytyjską). Strategia Sewarda zakładała w pierwszym etapie zakup duńskich wysp, co miałoby dać strategiczne otoczenie Kanady i stworzyć presję na Brytyjczyków w celu zbycia koloni na rzecz Amerykanów. Jednak pomysł Sewarda nie znalazł poparcia w Kongresie.
Drugie podejście do przejęcia kontroli nad największą wyspą świata miało miejsce pół wieku później. W 1910 r. strona amerykańska chciała skonstruować piętrową transakcję, w wyniku której miałoby dojść do wymiany kilku terytoriów między Danią, USA i Niemcami. Jednak i tym razem się nie udało. W międzyczasie jednak, po trwających pięćdziesiąt lat podchodach, udało się dogadać z Duńczykami ws. innych wysp i w 1917 r. za cenę 25 mln dolarów Amerykanie kupili Wyspy Dziewicze, strategicznie ważne ze względu na rosnące zagrożenie ze strony Niemiec.
Trzecią ofertę kupna Grenlandii złożył Duńczykom w 1946 r. prezydent Harry Truman. Tym razem jednak sytuacja była inna niż wcześniej. Był to czas bezpośrednio po II wojnie światowej, świat układał się na nowo, organizując w dwa potężne bloki – jeden z dominującą rolą USA, drugi pod zarządem Sowietów. Amerykańskie wojska stacjonowały na wyspie od 1941 r. i nie miały zamiaru jej opuszczać. Departament stanu określił wówczas Grenlandię jako „niezbędną dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych”. Brzmi znajomo? Ano właśnie. Duńczycy po raz kolejny odrzucili ofertę, jednak w 1951 r. podpisali bardzo korzystną dla Amerykanów umowę obronną.
Donald Trump jest więc czwartym prezydentem, który aktywnie dąży do przejęcia kontroli nad Grenlandią na przestrzeni 160 lat, a sama koncepcja odkupienia Grenlandii od Danii jest obecna w strategicznej myśli Stanów Zjednoczonych od połowy XIX wieku. Rzecz w tym, że do tanga trzeba dwojga, a Kopenhaga – tak jak nie była zainteresowana zbyciem największej wyspy świata w XIX i XX wieku, tak nie jest zainteresowana takim rozwiązaniem również dziś. Czy ugnie się pod presją swojego sojusznika z NATO? Czas pokaże.
Wojciech Teister
Dziennikarz, redaktor portalu „Gościa Niedzielnego” oraz kierownik działu „Nauka”. W „Gościu” od 2012 r. Studiował historię i teologię. Interesuje się zagadnieniami z zakresu historii, polityki, nauki, teologii i turystyki. Publikował m.in. w „Rzeczpospolitej”, „Aletei”, „Stacji7”, „NaTemat.pl”, portalu „Biegigorskie.pl”. W wolnych chwilach organizator biegów górskich.