Ludzie są równi w godności. We wszystkim innym się różnią.
No i nadążamy: 24 grudnia w Polsce weszło w życie prawo o neutralnych płciowo ogłoszeniach o pracę. Chodzi o obowiązek używania takich nazw stanowisk, żeby nie dyskryminowały płci. Czyli jeśli poszukujesz pracownika, to nie możesz napisać: „zatrudnię pracownika”, bo „pracownik” to, zdaniem prawodawcy, facet. A tak nie wolno, bo ty masz poszukiwać, powiedzmy, „osoby pracowniczej”. Możesz to sformułować jakoś inaczej, byle nie było tam sugestii co do płci poszukiwanego/poszukiwanej. Tak samo nie możesz napisać, że zatrudnisz opiekunkę do dziecka, bo to sugeruje, że chcesz przyjąć kobietę. Masz więc napisać „osobę z doświadczeniem w opiece” albo jakoś inaczej, byle „neutralnie”. A co, jeśli rzeczywiście chcesz przyjąć opiekunkę – kobietę? Napiszesz: „osoba opiekuńcza z macicą”? Albo jeśli poszukujesz spawacza, uściślisz, że „osoba spawająca” powinna legitymować się prostatą?
Język polski ma swoje zaułki, wskutek czego podobne regulacje muszą spowodować ciężkie problemy. Jeśli chcę zatrudnić Polaka, to czy muszę dodać: „lub Polkę”? Albo jeżeli potrzebuję pomocy kogokolwiek, czy jestem obowiązany napisać: „przyjmę człowieka/człowiekinię”?
Po co ten cyrk? Ano bo nie można utrwalać przekonania, że niektóre zawody są typowo męskie lub typowo kobiece. Kobiety i mężczyźni muszą więc być w procesie rekrutacji postrzegani jako równi kandydaci na każde stanowisko. Przepraszam: równe osoby kandydackie.
Ja rozumiem, że autorzy nowego prawa chcą wyrównać szanse kobiet i mężczyzn w dostępie do pracy i płacy – ale w taki sposób? Podobno jesteśmy wolnymi ludźmi, ale co to za wolność, skoro dyktuje się nam, jak mamy mówić czy pisać? Co to za wolność, skoro robi się z nas idiotów, niezdolnych do odpowiedniego formułowania nawet tak prostych rzeczy jak ogłoszenia?
Kiedy takie rzeczy czytam, słucham i oglądam, to odczuwam coraz większą wdzięczność Bogu za to, że dał nam Ewangelię. Tam wszystko opiera się na prawdzie i zmierza do miłości. I to jest prawodawstwo godne człowieka.
KRÓTKO:
Uzurpator TSUE
Gazeta Wyborcza” zmartwiła się na pierwszej stronie o los „wyroku TSUE w sprawie par LGBT”. Autorka, Paulina Nodzyńska, informuje, że kolejne miasta i urzędy stanu cywilnego pytają ministrów, w jaki sposób mają rejestrować zawarte za granicą „małżeństwa” par jednopłciowych. „Polskę zobowiązał do tego wyrok TSUE, ale rząd gra na zwłokę” – ubolewa gazeta. Dalej czytamy, że „rozstrzygnięcie TSUE miało być przełomem dla par LGBT. Ale po ogłoszeniu wyroku premier Donald Tusk powiedział, że »Unia nie może nam niczego narzucać«”.
I dobrze powiedział, bo TSUE przekracza swoje kompetencje, zwłaszcza gdy orzeka w sposób sprzeczny z polską konstytucją. Gazeta i jej poplecznicy nie mogą jednak zrozumieć postawy premiera. A przecież on się boi. Sam w orędziu noworocznym ostrzegł: „Kto łamie prawo, w nadchodzącym roku gorzko tego pożałuje”.
Franciszek Kucharczak
Dziennikarz działu „Kościół”, teolog i historyk Kościoła, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, wieloletni redaktor i grafik „Małego Gościa Niedzielnego” (autor m.in. rubryki „Franek fałszerz” i „Mędrzec dyżurny”), obecnie współpracownik tego miesięcznika. Autor „Tabliczki sumienia” – cotygodniowego felietonu publikowanego w „Gościu Niedzielnym”. Autor książki „Tabliczka sumienia”, współautor książki „Bóg lubi tych, którzy walczą ” i książki-wywiadu z Markiem Jurkiem „Dysydent w państwie POPiS”.