Czas kruszenia serc i stawania się dzieckiem

Może święta Bożego Narodzenia z figurą małego Jezusa w żłóbku są też po to, by wobec Boga stać się jak dziecko małe…

Dlaczego są święta Bożego Narodzenia? – pytał ks. Jan Twardowski w jednym z najpiękniejszych swoich wierszy. I zaraz odpowiadał, że po to, żeby się uczyć miłości do Pana Jezusa, żeby podawać sobie ręce, uśmiechać się do siebie i sobie przebaczać. Na pewno tak! To już bodaj jedyny czas w roku, kiedy kruszeją nam serca. Kiedy stajemy się dla siebie milsi, łagodniejsi i bardziej życzliwi. Nie tylko w relacjach osobistych i rodzinnych, ale także zawodowych i społecznych. Ćwierć wieku temu, co przypominają już sobie tylko najstarsi, takim okresem kruszejących serc były pielgrzymki Jana Pawła II do Polski. Wtedy nagle ludzie zaczynali uśmiechać się do siebie na ulicy i w windzie i było jakoś bliżej nam wszystkim do siebie. Ale to dawno było… Dziś o stan naszych serc, powtórzę za innym mistrzem słowa i puenty Wojciechem Młynarskim, pytają już tylko święta Bożego Narodzenia. Kiedy „czujemy jedną chwilę małą/ Że nasze serce jeszcze dycha/ Że nie ze wszystkim nam stwardniało”.

A ja myślę, że święta Bożego Narodzenia z Dzieciątkiem w żłóbku są jeszcze po coś. A mianowicie po to, by stać się małym. Jak dziecko. Nie piszę: znów, bo o nie o ruch wsteczny chodzi. Nie chodzi o przejmowanie wszystkich cech dzieci. O jakiś rodzaj infantylizmu, który bywa uroczy, ale tylko w wydaniu kilkulatków. Nie chodzi o niedojrzałość i nieodpowiedzialność, czego przykładów wśród dorosłych pełne są media społecznościowe i celebryckie portale. Chodzi o coś zgoła innego. O ufność i bezgraniczne zawierzenie siebie. O zaufanie Komuś większemu. Kto wie i troszczy się. W wypadku małych dzieci są to rodzice. A nas, dorosłych?

Siostra Faustyna wielokrotnie, o czym pisała w „Dzienniczku”, widziała Jezusa w postaci małego dziecka. „Ujrzałam małego Pana Jezusa, który wyszedł z Hostii i sam spoczął na rękach moich. Trwało to krótką chwilę; radość niezmierna zalewała duszę moją” – zapisała. Innym razem ze zdziwieniem ujrzała „Dziecię Jezus, jakoby rok mające, które mnie prosiło, abym je wzięła na ręce. Kiedy Je wzięłam na ręce – przytuliło się do mojego serca i powiedziało: »Dobrze Mi przy sercu twoim«”. Święta Faustyna przyjmowała objawienia Jezusa w postaci dziecka z radością, ale i zdziwieniem. Chciała czcić Pana nieba i ziemi, ukrzyżowanego i zmartwychwstałego. Ale Dziecię? Kiedyś więc, gdy ponownie ujrzała Jezusa w postaci dziecka, zapytała: „Jezu, czemu teraz obcujesz ze mną, przybierając postać małej dzieciny? Przecież ja w Tobie i tak widzę Boga nieogarnionego, Stwórcę i Pana swego”. A Jezus jej odpowiedział, że będzie się ukazywał jako małe dziecię, dopóki ona nie nauczy się prostoty i pokory. Mówił, że chce nauczyć ją dziecięctwa duchowego, ale też że żąda od niej tego. I św. Faustyna uczyła się umacniać w sobie te wszystkie cnoty, które są podstawą małej drogi dziecięctwa Bożego. Miała w tym pomoc nie tylko kierowników duchowych, ale przewodniczki wyjątkowej, bo św. Tereski od Dzieciątka Jezus, którą czciła od dawna. Uczyła się więc pokory, prostoty ducha, wierności w pełnieniu z miłością codziennych obowiązków, uczyła się miłości, ale przede wszystkim całkowitego zaufania Bogu. Zdania się we wszystkim na Niego i Jego wolę, zaufania „na przepadłe”, jak mówiła.Takie zaufanie jest przecież podstawą całego nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia.

A więc może święta Bożego Narodzenia z figurą małego Jezusa w żłóbku są też po to, by wobec Boga stać się jak dziecko małe? Czego sobie i Państwu w ten piękny czas kruszenia serc serdecznie życzę.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Ewa K. Czaczkowska