Wojciech Teister: „Polityka taką się zrobiła, że mowa musi być Chrystusowa: "Tak, tak, nie, nie”. To słowa ministra Sikorskiego z ostatniego wywiadu u Patrycjusza Wyżgi. Czy ta zasada broni się w dyplomacji?
Dr Sławomir Dębski: Gdy mówimy o zachowaniach politycznych czy dyplomatycznych, mamy na myśli takie postępowanie, które stwarza nam możliwość szerszego pola manewru. Mogę sobie wyobrazić sytuację, kiedy trzeba powiedzieć „tak, tak, nie, nie”. Ale w większości wypadków rozsądniej jest działać, mówiąc: „tak, ale”, albo gdy trzeba powiedzieć "nie", mówimy coś w stylu: „to dobry pomysł, ale poszukajmy czegoś lepszego”. Gdy powiemy po prostu nie, eliminujemy się z dalszej rozmowy. A chodzi o to, aby nie tylko się samemu nie wyeliminować, ale także nie dać się wyeliminować innym. Ostatecznie rzecz biorąc, celem dyplomacji jest uczynienie wszystkiego, co tylko możliwe, aby po pierwsze nie pogorszyć sytuacji ojczyzny i stworzyć jej jak najwięcej opcji wyboru metod działania. Po drugie zrobić absolutnie co tylko w naszej mocy, aby nie było konieczności wykorzystywania drugiego podstawowego instrumentu w dyspozycji państwa, czyli siły. Mówiąc wprost, aby nie doszło do wojny. Tu odwołuję się do takiego Clausewitzowskiego podziału, w którym polityka państwa korzysta z dwóch instrumentów: dyplomacji i siły zbrojnej. Radziłbym więc, żeby w dyplomacji i polityce częściej odwoływać się do strategicznej klasyki. Biblię oczywiście warto studiować, ale aby się na nią wiarygodnie powoływać, trzeba z Biblią żyć na co dzień i regularnie poszukiwać inspiracji w mądrości tej wielkiej Księgi. W przeciwnym wypadku przypomina to wybieranie rodzynków z ciasta, co, jak wiadomo, jakoś tam uchodzi w pierwszych latach naszego życia.
To pierwsze, nieco prowokacyjne pytanie miało wprowadzić nas w bardzo aktualny temat. Stany Zjednoczone ogłosiły niedawno swoją nową strategię bezpieczeństwa, która oczywiście spotkała się ze skrajnymi reakcjami w polskim środowisku politycznym. Co ten dokument zmienia w naszym położeniu?
Na początek mam dobrą wiadomość. To nie jest polska strategia, lecz amerykańska. Niczego nam nie narzuca i niczego za nas nie robi. A nawet póki co – nic w naszym położeniu nie zmienia. Słusznie zwraca pan uwagę, że dokument ten był szeroko komentowany. Przy czym większość opinii, jakie do mnie dotarły, była nietrafiona. Kilka spraw zwróciło moją uwagę. Po pierwsze komentatorami byli ludzie, którzy tego rodzaju dokument widzieli po raz pierwszy w życiu. Uderzyło mnie, że do recenzowania amerykańskiej strategii rzuciło się wielu polskich polityków, którzy mieli pogląd w sprawie tego, co napisali Amerykanie, tymczasem ja chciałbym od nich usłyszeć, co mają do powiedzenia w sprawie polskiej strategii bezpieczeństwa.
A teraz zła wiadomość. My czekamy na polską Narodową Strategię Bezpieczeństwa co najmniej od 2022 roku. Ostatni dokument tej rangi został w Polsce wydany w 2020 roku. Dwa lata później za naszą wschodnią granicą na nowo rozpoczęła się wojna i wciąż się toczy. Za chwilę się okaże, że wojna zdąży się skończyć, a my nie zdołamy przez cały czas jej trwania sformułować strategicznej konceptualizacji nowej sytuacji, wskazać środków i instrumentów zapewniania Polsce bezpieczeństwa i optymalnych warunków rozwoju. To powinno nas interesować bardziej niż strategia amerykańska. Tamta tworzy oczywiście dla Polski ważny kontekst. Amerykanie informują w niej, jak widzą świat, jakie instrumenty zamierzają wdrażać do realizacji swojej wizji. To jest oczywiście dokument ciekawy, dlatego że uznaje politykę zagraniczną za instrument amerykańskiej wojny kulturowej. Pokazuje też, że wobec Europy i Rosji Stany Zjednoczone chciałyby się pozycjonować nie jako sojusznik Europy, ale jako mediator. To zerwanie z tradycją amerykańską i trzeba to odnotować. Ale zapowiedź zmiany podejścia nie oznacza jeszcze zmiany podejścia. Kongres już na tę zapowiedź zareagował i ściągnął lejce... ale to nie nasze zmartwienie, my się martwmy o siebie.
Jakie szanse i jakie zagrożenia stwarza dla nas nowa amerykańska strategia?
Polscy politycy powinni się zająć Polską. A więc zadać sobie pytanie następujące: Jakie reakcje na amerykański dokument najlepiej służą interesowi Polski? Bo te reakcje też powinny być częścią polityki, także wobec Stanów Zjednoczonych. Tymczasem naszej klasie politycznej pomyliły się role społeczne. Zamiast prowadzić politykę państwa tak, aby niepotrzebnie nie narażać go na niepotrzebne koszty, przeobrażają się w publicystów recenzujących strategiczne dokumenty sojuszników. Między publicystą a decydentem różnica jest taka, że publicysta nie ma obowiązku dbać o Polskę, może dbać wyłącznie o swój prywatny dobrobyt i pleść, co mu ślina na język przyniesie, byle jak najwięcej słuchaczy wrzuciło monetę do słonika. Decydent ma zupełnie inny obowiązek – dbać o wspólnotę wszystkich Polaków oraz ich dobrobyt i szanse. Nawet kosztem własnego dobrostanu. Polskich polityków recenzujących amerykańską strategię łatwiej byłoby uznać za ekspertów w tej sprawie, gdyby sami jakąś strategię dla Polski już wydali. Zamiast zabawy w publicystów sugerowałbym naszej klasie politycznej zaczerpnięcie ze strategii Trumpa jednego: Amerykanie głoszą, że „Ameryka first”. No to trzeba powiedzieć: „Tak, oczywiście, przyjmujemy to do wiadomości. Dla nas jednak Polska first”. Co to oznacza w praktyce w relacjach z administracją Trumpa? Wykorzystajmy szansę, która w amerykańskiej strategii się przed nami otwiera.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








