Bogu dzięki za te święta! Także dlatego, że dzięki nim, choć na kilka dni, może tygodni, świat staje się lepszy. Przynajmniej na ekranie telewizora. Nie jest to oczywiście efekt jakiegoś cudownego nawrócenia, pewnie bardziej wyrachowania, bo mówimy o kulturze masowej, którą rządzi pieniądz, ale cieszmy się z tego, co mamy. Jeszcze w listopadzie z każdego ekranu wyskakiwały horrory, a w grudniu królują sympatyczne komedie i wzruszające filmy obyczajowe w świątecznych dekoracjach i śnieżnej scenografii, z dzwoneczkami i choinką. Ludzie stają się lepsi, mąż wraca do żony, dzieci do domów, nawet skąpiec dzieli się majątkiem z ubogimi. Co prawda nie jest do końca jasne, dlaczego dzieje się to właśnie teraz, ale nie można mieć wszystkiego. W końcu bohater Moliera także dopiero w pewnym wieku uświadomił sobie, że mówi prozą. Każdy powód jest dobry, by stawać się lepszym, a jak ktoś jest dociekliwy, to może zgłębi, co kryje się za tajemniczą nazwą „Boże Narodzenie”?
Jak wiadomo, hipokryzja to hołd składany cnocie przez występek. Ale czy przemysł rozrywkowy w ogóle można oceniać w takich kategoriach? Co prawda świąteczne dekoracje znikają jeszcze przed uroczystością Objawienia Pańskiego, a w niektórych galeriach nawet w wigilijny wieczór. Sezon na „christmansy” zaczyna się coraz wcześniej i coraz szybciej kończy, ale wszystko to wynika po prostu z komercyjnego kalendarza niewiele mającego wspólnego z liturgicznym, a nawet naturalnym. Wiadomo, że zimę sprzedaje się jesienią, a lato wiosną.
Zarówno twórcy świątecznego repertuaru, jak i jego odbiorcy, także ci całkowicie zsekularyzowani, chcą przecież dobrze. Za sprawą tradycji, czy też intuicji, wszyscy pragną, by Boże Narodzenie wyglądało tak, a nie inaczej. W zabieganym i coraz brutalniejszym świecie wszyscy potrzebujemy chwili, gdy szczery hołd składamy cnocie: miłości, rodzinie, bliźnim. Bo rzeczywiście, abstrahując od prezentów, chcemy w te dni bardziej być niż mieć. Chwilo, trwaj!








