Wojna jest rzeczą straszną, choć jeszcze straszniejsza jest wojna przegrana, a najbardziej – wojna przegrana kompletnie.
Szerząca się ukrainofobia stanowi, niestety, reakcję na trwającą od prawie czterech lat nieopanowaną ukrainomanię. I tak jak musiałem przez długi czas tę ukrainomanię politycznie studzić, tak dziś muszę moralnie trzeźwić ukrainofobię. Każdy czasami powinien umieć pójść po prąd, ale niektórzy muszą iść zawsze. Taka dola.
Przywódcy naszego państwa zapomnieli, że rządzić znaczy przewidywać, choć najpierw zapomnieli, że są przywódcami państwa, odpowiedzialnymi za przyszłe pokolenia Polaków. Zamiast przywództwa narodowego mamy więc „klasę polityczną”, toczącą ze sobą nieustające propagandowe kłótnie o władzę. Uczestnicy tych bojów nie myślą, że ich wzajemne ataki systematycznie, niczym brudny ściek, podmywają sam autorytet Rzeczypospolitej. Najwyraźniej państwo ma dla nich wartość o tyle, o ile sami nim rządzą. Na tym polega dramat (sub)kulturowego zwycięstwa postkomunizmu.
Przyszłość, która dla owej „klasy” się liczy – to przede wszystkim najbliższe wybory. Oczywiście, ogromnym błędem byłoby zrzucanie odpowiedzialności za ten stan rzeczy wyłącznie na „klasę polityczną”. Istotna część odpowiedzialności spada najpierw na jej zwolenników, potem na bierność tych, którzy powinni się przeciwstawiać destrukcji polskiej polityki. Tymczasem w wyborach poparcie otrzymują głównie ci, którzy z największym zapałem prowadzą partyjne walki, nie ci, którzy od polityki oczekują czegoś więcej. Dla ogromnej części społeczeństwa wystarczającą gwarancją dobra wspólnego jest niedopuszczenie do władzy nielubianej partii. Najważniejsza staje się więc nie organizacja opinii publicznej wokół konkretnych postulatów polityki polskiej, ale – walka z innymi Polakami. W tym podejściu opinia publiczna jest właściwie niepotrzebna, bo najbardziej zapaleni wyborcy dobro wspólne narodu po prostu identyfikują z partią. Uważają, że zrealizuje się samo, jeśli „na górze” będą ci, którzy być powinni.
Tymczasem dobro wspólne nigdy się samo nie spełnia. Żeby je zrealizować – trzeba rozstrzygać konflikty wartości, a obrawszy właściwe cele – znaleźć odpowiednie środki ich realizacji. Przynajmniej na poziomie ogólnym patriotyczna opinia publiczna musi być zaangażowana w dokonywanie tych wyborów. A przywódcy muszą – w poważnej debacie – proponować społeczeństwu opcje.
W sprawie wojny zaś żadnych opcji nie było, bo partie, które na co dzień się zwalczały, w kwestii ukraińskiej jedynie ścigały się w egzaltacji. Dziesięć (!) lat temu, w dniu inauguracji pierwszej kadencji Donalda Trumpa, napisałem w „Rzeczpospolitej”, że Polska musi mieć przygotowane postulaty i politykę na wypadek odprężenia w stosunkach amerykańsko-rosyjskich. Postulat ten powtarzałem przez całą dekadę, bez żadnego odzewu, bez cienia dialogu. W czasie samej wojny nikt z przywódców państwa nie miał odwagi powiedzieć, że istotne jest przede wszystkim zachowanie niepodległości Ukrainy, a nie rojenia o podziale Rosji, Norymberdze putinizmu czy „choćby” wyzwoleniu Krymu w ciągu paru najbliższych miesięcy.
Dziś polityka toczy się bez nas. Ukraińcy, konsultując amerykańskie naciski, rozmawiają z Brytyjczykami, Niemcami, Francuzami. My możemy sobie jedynie powtarzać, że wojna jest rzeczą straszną, choć jeszcze straszniejsza jest wojna przegrana, a najbardziej – wojna przegrana kompletnie. Przez lata powinniśmy byli przygotowywać się do tego, że staniemy w tym punkcie, w którym jesteśmy dziś. Teraz możemy przede wszystkim czekać na rozwój wypadków, mając chwilę czasu na rozważenie wniosków z niedawnej przeszłości.