Schyłek epoki rządzi się swoimi prawami. To zdumiewające, jak łatwo jest go zdiagnozować. I żenujące, jak trudno z tych diagnoz wyciągamy wnioski.
Robią to za nas filozofowie, pisarze, analitycy, najczęściej jednak trudząc się na marne. Diagnoza, jaką Tomasz Mann w swojej „Czarodziejskiej górze” postawił przed pierwszą wojną światową, w niczym nie odbiega od tej, która dotyczyłaby czasów o z górą wiek późniejszych. Obiecuję szanownemu Czytelnikowi, że już po raz ostatni przywołuję to wielkie literackie dzieło w swoim edytorialu. Jego akcja dzieje się w górach, wysokich Alpach Szwajcarskich, w sanatorium usytuowanym w słynnym Davos, co dodaje wnioskom pikanterii. Kuracjusze – można chyba tak powiedzieć – żyją w stanie nieustannego oczekiwania. Na ozdrowienie, powrót na „niziny”, czyli do domu, do normalnego życia i zwyczajnego społeczeństwa. W rzeczywistości jednak na nic nie czekają, bo tym normalnym staje się ich los w uzdrowisku. A jest bardzo komfortowy, rozgrywa się zasadniczo pomiędzy suto zastawionym stołem (naprawdę suto, współcześni dietetycy rwaliby włosy z głowy!), wygodnym leżakiem i licznymi towarzyskimi zabawami. Metafora epoki jak znalazł. Znudzeni, zblazowani ludzie oddają się przez miesiące i lata coraz to nowym rozrywkom. Ogarnia ich szał, jak to ujmuje Mann, moda na kolejne hobby niemające z realnym życiem za wiele wspólnego. Główny bohater powieści „spoglądał dookoła siebie… Widział dookoła niesamowitość i złośliwość, i rozumiał, co widzi: życie poza czasem, życie bez troski i bez nadziei, życie pracowite, a jednak gnijące w zastoju i rozwiązłości, życie martwe. Nie brak było w tym życiu aktywności, oddawano się w nim przeróżnym zajęciom; a od czasu do czasu jedno z nich przeradzało się w modę, w masowy szał. Tak na przykład fotografia amatorska odgrywała od dawna wielką rolę wśród gości »Berghofu«, a dwukrotnie namiętność ta na przeciąg tygodni i miesięcy przeszła w ogólne szaleństwo. Przebywający tu przez dłuższy czas mogli obserwować periodyczny powrót takich epidemii”. Potem następował szał na filatelistykę, wszyscy zbierali znaczki, na gromadzenie i zjadanie czekolady, wymieniać by można w nieskończoność, pewnym zwieńczeniem jednak tychże mód stały się psychoanaliza czy nawet praktykowanie mediumizmu – wywoływanie duchów. Szczytowym objawem neurotyczności tegoż życia jest ogólna drażliwość i agresja pojawiająca się bez adekwatnych przyczyn. Zamykając książkę, przypomniałem sobie słynny eksperyment z myszami, którym zafundowano życie w zamkniętym raju, z nieustannym dostępem do pożywienia i innych udogodnień. W ostatecznym rozrachunku myszy te zaczęły się atakować bez powodu i chyba nawet zjadać się nawzajem. Podsumowując: schyłek tamtej epoki otwierającej wrota wielkiej wojnie – tak ją nazywano – powinien przywoływać refleksję nad tym, co najważniejsze, zasadnicze i najlepsze. Nie przywołuje, a przynajmniej nie na tyle skutecznie, by kolejne pokolenia potrafiły się zmitygować na czas.
Czas… to główny bohater wspomnianej przeze mnie powieści i główny bohater Adwentu, który się właśnie rozpoczyna. Proszę mi pozwolić na to małe przeniesienie. Chodzi bowiem o to, czy potrafimy smakować oczekiwanie, czy – oczekując – wolimy smakować życie. W tym roku ten liturgiczny okres przygotowujący nas na Boże Narodzenie przeżywać będziemy – a jakże! – ze świętym Augustynem, który na schyłek każdej epoki ma swoje remedium, tylko brać i korzystać. „Stworzyłeś nas (...) jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie” – to pierwszy cytat spod jego ręki. Marcin Jakimowicz („Królewskie DNA” – s. 20) przywołuje w swoim tekście nazwiska znanych osób, a choć to bardzo różni ludzie, mają jedną cechę wspólną: uwierzyli w to, że serce niespokojne może spocząć tylko w Panu Bogu. Staszczyk, Lorenc, Adamek, Borusiński, Mela, Lampert, Lang – nie ma sensu wymieniać wszystkich, ma natomiast sens spróbować tego samego. To Adwent w końcu. Najlepsza metoda na życie. Kończąc ostatni swój edytorial, z podziękowaniem za wspólne osiem lat, i Wam, drodzy Czytelnicy, i sobie tego właśnie życzę.
ks. Adam Pawlaszczyk
Redaktor naczelny „Gościa Niedzielnego”, wicedyrektor Instytutu Gość Media. Święcenia kapłańskie przyjął w 1998 r. W latach 1998-2005 pracował w duszpasterstwie parafialnym, po czym podjął posługę w Sądzie Metropolitalnym w Katowicach. W latach 2012-2014 był kanclerzem Kurii Metropolitalnej w Katowicach. Od 1.02.2014 r. pełnił funkcję oficjała Sądu Metropolitalnego. W 2010 r. obronił pracę doktorską na Wydziale Prawa Kanonicznego UKSW w Warszawie i uzyskał stopień naukowy doktora nauk prawnych w zakresie prawa kanonicznego.