Nadzieja, że po wyborze Karola Nawrockiego na prezydenta coś się w polskiej polityce zmieni, właśnie opada niczym jesienne liście. A nie była to wcale nadzieja płonna. Koalicja rządząca mogła po prostu wziąć pod uwagę fakt, że także przez drugą część swojej kadencji nie będzie mieć pełni władzy. I wyciągnąć prosty wniosek, że w najważniejszych sprawach po prostu trzeba szukać porozumienia, bo odliczanie dni do zmiany (jak to było za Andrzeja Dudy) zwyczajnie nie ma sensu. Dziś już jest jasne, że nie chodzi o rozwiązywanie problemów czy wyciszanie kryzysów, ale o ich eskalowanie. Nie o sprawczość, ale trzymanie się dawno rozpisanych ról. Najlepszym tego przykładem jest paraliż sądownictwa.
Polityka zawsze miała swój teatralny wymiar, jest on wręcz wpisany w jej naturę, ale dotyczyć powinien on jedynie rytuałów, zasad prowadzenia debat, wreszcie kampanii wyborczych. Bo tak na co dzień polityka powinna być sztuką osiągania celów, w sposób, który jest możliwy i wykonalny. Dla każdego, kto trzeźwo patrzy na otaczający go świat, jasne jest, że wszystko to, co w ostatnich tygodniach robi minister Waldemar Żurek, przy pełnym wsparciu premiera Tuska, nie przybliża nas ani o krok do rozwiązania kryzysu w wymiarze sprawiedliwości. I zapewne nie będzie łatwo znaleźć w najnowszej historii innego przykładu działania rządzących tak pozbawionego racjonalności, a skupionego wyłącznie na odgrywaniu ról w politycznym spektaklu. Oglądamy konferencje prasowe, briefingi, słyszymy o pracy nad kolejnymi dokumentami, minister i premier udzielają w tej sprawie licznych wywiadów, internet wrze od komentarzy. Jeśli dobrze się w nie wczytać, to nikt nie ma złudzeń, że wojna domowa w sądach skończy się za sprawą ministra Żurka. A skoro tak, gdzie sens i logika takich pozorowanych działań? Komentatorzy łamią głowy i pióra nad znalezieniem odpowiedzi na to pytanie. A może jest to po prostu sztuka dla sztuki? Jak to w teatrze.








