Kiedy 9 lutego 2024 r. w 92. roku życia i 70. roku kapłaństwa zmarł ks. Jan Szkoc, mój wujek, brat mojej mamy Marii, opisałam trzy godziny jego agonii, której byłam świadkiem. Po prawie dwóch latach dzielę się notatkami, widząc, jak wiele znaczył nie tylko dla tych, którym posługiwał. Na pogrzeb starego kapłana do kościoła św. Tomasza Apostoła w Sosnowcu przybyły tłumy. Wielu podchodziło do skromnej, według jego testamentu, zbitej z prostych sosnowych desek trumny, żeby ją dotknąć, a nawet ucałować. W internecie pojawiły się setki świadectw tych, którym pomagał w ciszy i ukryciu. Pod koniec życia jego pokój w Domu Księdza Emeryta w Będzinie-Koszelewie pustoszał, bo rozdawał swoje rzeczy.
Koncelebrujący pożegnalną Eucharystię abp Adrian Galbas, ówczesny administrator apostolski diecezji sosnowieckiej, podzielił się pod koniec odczuciami: „Dotknęły mnie dziś szczególnie dwa świadectwa. Pierwsze to wasza, tak liczna, obecność oraz długa lista zamówionych Mszy św. w intencji śp. ks. Jana. To pokazuje, jak ważny dla was był i jaki ślad pozostawił w waszym życiu. Drugie świadectwo to prośba samego ks. Jana, byśmy w momencie Mszy św. zamilkli, aby w jej czasie nie było wygłaszanych żadnych pochwał i laudacji na jego cześć. Nie chciał, aby Boża chwała została zdominowana przez ludzką. Bóg widzi w ukryciu”.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








