Gdy w nocy z 9 na 10 września na terytorium Polski wleciało niemal dwadzieścia rosyjskich dronów, a niektóre z nich zostały zestrzelone dopiero w głębi kraju, wielu z nas po raz pierwszy zdało sobie sprawę z tego, że zagrożenie ze strony Rosji to nie tylko wymysł polityków budujących swoją pozycję na poczuciu strachu, ale realne zagrożenie. I to nie tylko dla mieszkańców wschodniej Polski.
Tamtej nocy rosyjski nalot nie wywołał wielkich strat: wszystkie bezzałogowce, które stanowiły realne zagrożenie, zostały zestrzelone przez wojska polskie i sojusznicze, a na skutek akcji neutralizującej zagrożenie uszkodzony został jeden budynek mieszkalny na Lubelszczyźnie. Na początku szok mieszał się z poczuciem dumy z tego, jak skutecznie zareagowaliśmy jako państwo. Z czasem jednak zaczęły się pojawiać pytania o adekwatność zastosowanych środków, bowiem do dronów o wartości kilkudziesięciu tysięcy dolarów strzelano z rakiet wartych miliony. Z jednej strony bezpieczeństwo nie ma ceny. Z drugiej jednak trudno w tej sytuacji nie zapytać, czy wystarczyłoby nam takich środków obrony, gdyby nieprzyjacielskich dronów było nie dwadzieścia, a dwieście.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








