Wyparcie – to jeden z podstawowych mechanizmów w jakich funkcjonuje wielu katolików nad Wisłą. Nie jest to często ich wina, ale lata pobożnego prania mózgu, lęku przed podejmowaniem zgodnych z własnym sumieniem decyzji i indoktrynacji „tych, którzy wiedzą lepiej”.
Wystarczy, że żyjący w poczucie samooskarżenia skrupulant za kratkami konfesjonału usłyszy, że szczegółowa lista „grzechów”, które właśnie wyrecytował nimi nie jest. Co zrobi? Zmieni spowiednika. Na takiego, który przyjmie jego wersję.
Znam takich, którzy zmieniają jak rękawiczki psychologów, lekarzy, wspólnoty, byle tylko znaleźć tych, którzy wreszcie potwierdzą ich zdanie i nie zaburzą świętego spokoju. Nie zburzą fasady, za którą się skryli szukając desperacko poczucia bezpieczeństwa.
Podobnie jest z tymi, którym przez lata stawiali pomniki i nawet jeśli ludzie z cokołu przyznają się do lubieżnego, niemoralnego życia, wnet okaże się, że, cytuję: „na pewno zadziałała presja przełożonych, którzy zmusili ich do przyznania się do czynów, których nie popełnili”. A to i tak lżejsza wersja narracji, bo furorę w sieci robi prywatne objawienie skazanego prawomocnym wyrokiem sądu ks. X, który „wziął na siebie ciężar odpowiedzialności i przyjął niesprawiedliwy werdykt, by… zbawić więcej dusz”. Czy ludziom wysyłającym mi podobne filmiki nie zapala się czerwona lampka?
Jak długo można zwiewać przed sobą? Tak, Duch Święty jest Parakletem, ale zanim przekona nas o ułaskawieniu, chce nam pokazać, z czego zostaliśmy wybawieni. Przekonuje o „grzechu i sądzie”.








