Ojciec Stanisław Jarosz, góral spod Gubałówki, jadąc samochodem, szeptał nad kierownicą: „Panie Jezu Chryste, synu Boga żywego, zmiłuj się nade mną grzesznikiem”, „Panie Jezu Chryste, synu Boga żywego, zmiłuj się…”. Podjeżdżał właśnie na stację benzynową, gdy nagle jakiś facet bezczelnie zajechał mu drogę i wepchał się pod dystrybutor. Krewki paulin nie wytrzymał, otworzył okno i chcąc wyrazić swe najgłębsze oburzenie ryknął: „Panie Jezu Chryste, Synu Boga…’’. – Zrobiło mi się głupio i szybko odjechałem – śmieje się dziś. – Jak widać ta modlitwa wchodzi w krew!
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








