Na początku lat 70. Wanda Warska wyśpiewała uroczą, bezpretensjonalną piosenkę sławiącą rodzicielstwo („Jest pięknie, najpiękniej”). Jakoś zaczęła ona za mną niedawno chodzić i uświadomiłem sobie, że nikt już tak dziś nie śpiewa („Jest pięknie, najpiękniej/ Gdy słońce zaświeci/ A najpiękniejsze… /Są rączki dzieci”). Oczywiście, miłośnicy tworzenia składanek na wakacyjną długą drogę samochodem zaraz podrzucą cały zestaw podobnych utworów, ale idę o zakład, że wszystkie powstały w XX wieku. Podobnie jest z innymi produktami kultury masowej. Temat nie istnieje albo jest ujmowany od „niepięknej” strony. Filmy, spektakle teatralne, książki, jeśli dotykają tematu rodzicielstwa, to przeważnie pokazują go w negatywie (wyjątki potwierdzają regułę). Klasyczny przykład: rodziny wielodzietne, czyli patologia. Zjawisko to ze szczególną intensywnością opanowało w ostatnich latach media. Wstrząsające reportaże, poruszające wyznania matek… dotyczące nawet nie jakichś rodzinnych tragedii, ale traumatycznej rodzicielskiej codzienności.
Nie zaskoczył mnie zatem niedawny okładkowy temat „Tygodnika Powszechnego” zawierający w tytule pytanie „Jak wziąć urlop od dzieci?” i zamieszczone w nim opowieści o wypaleniu rodzicielskim. Powodem publikacji jest międzynarodowy raport, według którego w tej dziedzinie Polska jest ponoć liderem. Co mnie natomiast zaskoczyło? Komentarz do tekstu zawierający tezę: „Polska kultura do rodzicielstwa ma nadal stosunek nabożno-idylliczny, nie daje rodzicom przestrzeni nawet na to, by mogli przyznać, że czasem mają dość”. Mam inne wrażenie, wystarczy „pogooglować” lub rzucić okiem na wysypujące się na Facebooku jak grzyby po deszczu grupy mam, które „mają dość”, lub (zwłaszcza) młodych małżonków i singli, którzy w obrzydzaniu rodzicielstwa wzajemnie się utwierdzają. I niestety, we współczesnej kulturze masowej nie dostrzegam cienia nabożności, o idylli z dziećmi związanej nie wspominając. Co niewątpliwie ma wpływ na demografię.








