Nowy numer 28/2020 Archiwum

Z czego wynikają problemy Kościoła?

Problemy naszego Kościoła, także gromadzenie się świeckich wokół suspendowanego kapłana, wynikają z deficytu duchowości i słabej formacji do życia wewnętrznego – mówi ks. prof. Andrzej Muszala.

Czy możemy sobie wyobrazić powszechną, głęboką formację duchową? Czy jest to możliwe w wielkomiejskiej parafii? – To program realny, ale bardzo trudny. Św. Jan od Krzyża podkreślał, że Bóg chce wszystkich doprowadzić do zjednoczenia ze Sobą, ale znajduje mało takich naczyń, które wytrzymują Jego działanie. Wzrost duchowy prowadzi do etapu, który jest bardzo trudny do przyjęcia przez wielu chrześcijan – do całkowitego zawierzenia i oddania się Bogu. Św. Teresa określała to jako punkt zwrotny między trzecim a czwartym mieszkaniem. Często Bóg wystawia wówczas człowieka na różne próby. To jest próg, o który rozbija się wielu, ponieważ całkowite zawierzenie oznacza śmierć mojego „ego”, Jezus mówił, że kto chce iść za Nim, ma się zaprzeć siebie (lepsze tłumaczenie: zapomnieć o sobie), wziąć krzyż, naśladować Go. Dlatego mówienie o wzroście duchowym to mówienie, że trzeba oddać się Bogu i przestać traktować Go na użytek własnych potrzeb.

Tymczasem księża często robią coś odwrotnego, tzn. uważają, że trzeba zwiększać prośby, intencje, nabożeństwa itp. – im więcej ich, tym lepiej. A przecież nasze prośby nie powinny być na pierwszym miejscu, jak to jest zwykle w ogłaszanych intencjach Mszy św. i w modlitwie powszechnej! Mistrz Eckhart określał taką postawę człowieka bardzo dosadnie – traktujemy Boga jak „dojną krowę” ze względu na to, że daje nam mleko. Tymczasem istotą właściwej relacji z Bogiem – według mistyka nadreńskiego – jest „Gelassenheit”, tzn. całkowite oderwanie się od siebie, ogołocenie, zapomnienie o sobie. Tak właśnie żył Chrystus! Nigdy nie myślał o sobie! – zawsze o Ojcu albo o ludziach i ich potrzebach! Nigdy nie zachował się egoistycznie! Uczył nas mówić: „Bądź wola Twoja”. I to jest kluczowy moment wzrostu duchowego. Jeżeli ksiądz zacznie coś takiego mówić swoim parafianom, to po pierwsze, on sam musi tym żyć, a po drugie, będzie niepopularny, bo nie pójdzie po linii ludzkich żądań.

Z drugiej strony mogę podzielić się też spostrzeżeniem budzącym nadzieję. W tym roku prowadziłem rekolekcje w dużej parafii w Łańcucie, brało w nich udział może z 7 tys. ludzi. Mówiłem o prawach życia duchowego, o wzroście duchowym, o konieczności zapomnienia o sobie. Ludzie byli zasłuchani i wcale mnie nie ukamienowali – wręcz przeciwnie! Na odjezdnym byli niezwykle życzliwi i otwarci, podchodzili, dziękowali…. Okazuje się, że jeżeli głosimy czystą Ewangelię i nią żyjemy, to odkrywamy przed ludźmi zupełnie nowy horyzont wiary – że chrześcijaństwo nie służy temu, żeby mieć łatwe życie, tylko temu, żeby Bogu sprawić radość, żeby Go uszczęśliwić! I wtedy człowiek odrywa się od siebie. To z kolei pragnienie św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Ona nie myślała o własnym zbawieniu, lecz ciągle szukała, jak zaskoczyć Jezusa, jak sprawić Mu przyjemność. Wypowiedziała (ona – także doktor Kościoła!) – bardzo mocne zdanie: „Gdyby – teoretycznie, choć wiem, że to niemożliwe – Bóg nie chciał, żebym była w niebie, to wolę iść do piekła, jeśli tylko tym sprawię Mu radość”. To jest istota, o to chodzi!

Ludzie szukają autentycznego życia z Bogiem. Myślę, że nie będziemy mieć już tłumów w świątyniach i trzeba się z tym pogodzić. Ale gdyby połowa tych katolików, którzy regularnie przychodzą do kościoła, zaczęła pracować nad swoim wzrostem duchowym, to byłoby cudowne! To jest możliwe, ale bardzo trudne, gdyż ksiądz musi zacząć od siebie…

« 1 2 3 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama