Kto nie uczestniczył w jakiejś wielkopostnej zbiórce darów – ręka w górę. Nie ma takich. Nawet ten, co „Boga się nie boi i z ludźmi nie liczy”, dorzucał podczas zakupów przedświątecznych do koszyka cukier, mąkę czy olej, żeby już ci wolontariusze przestali go nękać. Caritas, Banki Żywności, lokalne stowarzyszenia, wreszcie zbiórki parafialne… Mysz się nie prześliźnie. Nawet przy kasie, płacąc za zakupy, masz jeszcze szansę dorzucić parę złotych dla ubogich. Można mieć więc podejrzenia graniczące z pewnością, że systemowo w pomaganiu jesteśmy mistrzami świata. Nawet nie wstając z kanapy i nie odkładając smartfona, można czynić dobro, są przecież SMS-y dla potrzebujących.
Mamy „ich” więc odhaczonych na naszym rachunku sumienia i z naszej wygodnej kanapy możemy karmić emocje wieściami z kampanii wyborczej czy ekscesami Trumpa. I nagle, gdzieś w okolicy Niedzieli Palmowej, w programie informacyjnym Polsatu, oglądamy materiał interwencyjny z Malborka. Rano przed tamtejszym spożywczym dyskontem jakiś mężczyzna dostał drgawek i upadł na ziemię. Kamera monitoringu zarejestrowała przechodzących obojętnie ludzi. Przez kilkanaście minut nie znalazł się wśród nich żaden samarytanin, choć do sklepu wchodziło wielu klientów. Gdy wreszcie leżącym zainteresowała się jakaś starsza kobieta i wezwała pomoc, było za późno. Z relacji reporterki „Polsat News” wynika, że tożsamość mężczyzny nie została oficjalnie potwierdzona, ale mieszkańcy znali go jako bezdomnego, bywał często pod sklepem i odprowadzał wózki, aby zarobić w ten sposób pieniądze. Widać tak wpisał się w lokalny krajobraz, że stał się… niewidzialny.
Przyznam, że ten materiał wstrząsnął mną bardziej niż informacje o grożącej nam światowej wojnie handlowej czy łamaniu praworządności w Polsce. Zwłaszcza że redakcja uzupełniła go o historię człowieka, który przez kilka godzin siedział na przystanku tramwajowym w Warszawie. Martwy. On także był niewidzialny. Chyba jednak nie jesteśmy jeszcze mistrzami świata w pomaganiu.








