Barbara Gruszka-Zych: Panuje dość powszechne przekonanie, że spośród swoich sąsiadów Niemcy najmniej interesują się Polakami. A Pani zdecydowała się studiować slawistykę.
Christiane Hoffmann: Faktycznie, to dosyć niezwykłe dla kogoś, kto, jak ja, wychował się w okolicach Hamburga. Nikt z moich koleżanek i kolegów nie interesował się ani polskim, ani rosyjskim, ani ukraińskim. U początków mojej fascynacji tymi językami stoi wielka literatura rosyjska: Puszkin, Tołstoj, Achmatowa. W tamtym czasie inspirował mnie też Trocki, bo, nie ukrywam, byłam wtedy lewicująca.
A może na Pani potrzebę poznania języka polskiego miała też wpływ historia Pani rodziców, zwłaszcza ojca?
Dopiero później zrozumiałam, że tak było. Temat mojego pochodzenia świadomie i podświadomie zajmował mnie przez całe życie. Należę do pokolenia, które przyszło na świat w rodzinie uciekinierów z terenów należących do Niemiec do końca II wojny. Cała moja rodzina – rodzice, dziadkowie, pradziadkowie – urodzili się i mieszkali na wschód od Odry. Moja mama w 1945 r. jako dziecko uciekła przed nadciągającą Armią Czerwoną z terenów Prus Wschodnich, a ojciec ze Śląska Opolskiego. Nigdy nie byli rewizjonistami i uczyli nas, swoje dzieci, jak ważną rolę odgrywa przebaczenie, ale tak naprawdę nie zajmowali się tematem swojego pochodzenia. Wyparli tamte przejścia, bo nie chcieli być zaszufladkowani jako uciekinierzy. Pragnęli żyć w Niemczech Zachodnich na równych prawach z innymi. Mnie i moje rodzeństwo chcieli ochronić przed traumą własnego dzieciństwa. Choć mam wrażenie, że tak naprawdę nie zdawali sobie sprawy, jaką traumę przeżyli. Pewne jest, że jej nie przerobili, dlatego ja ją po nich odziedziczyłam.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








