Maryja podnosi głowę ponad wyciągnięte ręce katów z młotami, którzy właśnie przybijają Jej Syna do krzyża. Na wszystkich innych przedstawieniach tej sceny to oni są najważniejsi. Oprawcy, którzy dopełniają misterium nieprawości gorliwością pogańskich funkcjonariuszy. Tu jest Ona – Matka Zbawiciela. W centrum tego obrazu, a właściwie metaloplastyki. Trzy stacje dalej pochyla się nad leżącym Ciałem, którym stało się Słowo. Przykrywa je – aż po szyję – całunem. Jak kołdrą otula się śpiące dziecko, dokładnie, z taką samą czułością i uwagą, do samej brody – trudno uniknąć tego skojarzenia, choć to ostatnia stacja drogi krzyżowej. Jakby kładła Go spać. W norweskim Bergen, na ścianach kościoła Najświętszej Maryi Panny przy klasztorze sióstr franciszkanek, na większości tych stacji widać Jej postać. Celowy zamysł artysty, sedno teologicznej dysputy o Wcieleniu, biblijnie poetycka refleksja – czy pobożne wizje sióstr? A może to wszystko naraz, opakowane w surowość ceglanych ścian, prawdziwe aż do bólu… Bo ból jest w tej historii kluczowy.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








