Jest w katedrze w Orvieto przedziwny fresk. Odwiedzający kościół przybysze zazwyczaj sądzą, że najbardziej rzucająca się w oczy postać na olbrzymim malowidle to Chrystus. Długie włosy, uczesane tak jak u Jezusa na większości obrazów, broda podobnie, a szata i płaszcz przypominają strój, w którym zazwyczaj przedstawia się Zbawiciela. Z jego piersi nawet biją promienie… Chociaż nie. Gdy się człowiek przyjrzy, zauważy, że to nie promienie, tylko fałdy szaty, odpowiednio udrapowane wokół umieszczonego na piersi guzika. Włosy też podejrzanie wypielęgnowane, ułożone w loki. Jezus się chyba tak nie stroił… W ogóle coś w tej postaci nie gra. Twarz tego człowieka niepokoi, brak w niej Jezusowej łagodności, nic nie rozświetla tego surowego oblicza. Mężczyzna stoi na podwyższeniu podobnym do cokołu pomnika, tak jakby już za życia chciał zażywać chwały należnej wybitnym przodkom. Pochyla głowę, jakby czerpał natchnienie do głoszonego kazania. I tak rzeczywiście jest – bo do ucha szepcze mu nieomal złączony z nim… diabeł. Lewa dłoń mężczyzny okazuje się przedłużeniem dłoni czarta. W innych miejscach malowidła widać tę samą postać w różnych sytuacjach: czyni fałszywe cuda, oklaskiwane przez świadków, wprowadza konflikty i podziały, doprowadza do zbrodni i nadzoruje egzekucje, wznosi fałszywą świątynię, aż wreszcie, sięgnąwszy samego nieba, zostaje z niego strącony przez archanioła z mieczem.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








