To dobre miejsce dla Hlonda, patrzy w końcu w okna redakcji tygodnika, który sam zapoczątkował. Pisał wówczas, że czasy są trudne i pełne mroku, i że chwila jest uroczysta. Krótko przedtem, zaraz po plebiscycie, pisał do prałata Giovanniego Battisty Ogno-Serry, watykańskiego dyplomaty i obserwatora ze strony Stolicy Apostolskiej, że powołanie na terenie Górnego Śląska nowej diecezji byłoby z korzyścią duchową dla mieszkańców. O tym mało znanym liście wspominał w swoim artykule „Watykan wobec powstania administracji apostolskiej na Górnym Śląsku” historyk Kościoła, ksiądz Damian Bednarski, cytując samego Hlonda: „Jeśli dokonałaby się ta łaska dla polskiego Śląska i biskup nie okazał się germanofilem, lecz stanowczym ojcem wobec powierzonych mu księży bez względu na pochodzenie, prawdziwym pasterzem, który troszczy się o potrzeby duchowe Polaków i Niemców, czy możliwe byłoby utworzenie w moim kraju kwitnącej diecezji?”. Dalszych losów śląskiego salezjanina przytoczyć w całości się nie da, dość powiedzieć, że postacią był nietuzinkową i z całą pewnością rozumiał właściwie słowa świętego Jana Bosko przyjęte za biskupie zawołanie: „Daj mi dusze, resztę zabierz”. Niejednemu, nomen omen, przypominają się „Dziady” i ten krzyk Konrada: „Daj mi rząd dusz”, zasadniczo i stanowczo odmienny od modlitwy przyszłego prymasa Polski. Nie chodzi o rządzenie duszami (choć i to pojęcie prawo kościelne przewiduje), tylko o pieczę nad ich dobrem (w Kodeksie prawa kanonicznego zasada ta stanowi „kropkę”, zamknięcie całości, podsumowanie).
Tak zrządzenie Boże to wszystko ułożyło, że za długo August Hlond na biskupim tronie w Katowicach nie posiedział, przeniesiono go na tron prymasowski. Lubię odwiedzać warszawską katedrę i modlić się przy jego nagrobku. Zawsze mu wtedy zadaję pytanie, co sądzi o dzisiejszych czasach. A że czasy lubią się powtarzać, historia kołem się toczy, po raz kolejny z Górnego Śląska po zaledwie półtorarocznym pasterzowaniu „na Warszawę” rusza katowicki metropolita. Tym razem z symbolicznym Pax Christi w biskupim zawołaniu. No cóż, na dzisiejsze czasy trudno o lepsze...








