Nowy numer 47/2019 Archiwum

Ekumeniczna zakonnica nie urodziła dziecka

Badania genetyczne przeprowadzone w Zakładzie Medycyny Sądowej UM w Lublinie jednoznacznie wykluczyły możliwość, że Ewaryst Walkowiak może być synem zmarłej w 2005 r. s. Joanny Lossow FSK, franciszkanki z Lasek, pionierki ekumenizmu w Polsce.

Badania genetyczne przeprowadzone w Zakładzie Medycyny Sądowej UM w Lublinie jednoznacznie wykluczyły możliwość, że Ewaryst Walkowiak może być synem zmarłej w 2005 r. s. Joanny Lossow FSK, franciszkanki z Lasek, pionierki ekumenizmu w Polsce. „Rewelacje” na ten temat opublikował zimą ub. r. tygodnik „Polityka”, a w ślad za nim przedstawił jeden z kanałów telewizyjnych. Po tych oskarżeniach podjęte zostały żmudne, wielomiesięczne badania, dzięki którym udało się wyjaśnić prawdę.

Po publikacji informacji sugerującej, że nieżyjąca, a zasłużona dla ekumenizmu s. Joanna Lossow rzekomo miała syna, którego wyrzekła się i oddała nieznanej rodzinie, grono osób bliskich Laskom postanowiło dotrzeć do prawdy, aby powstrzymać szerzącą się kampanię oszczerstw – mówi KAI Tadeusz Konopka z grupy świeckich przyjaciół Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża.

Dodaje z naciskiem, że osoby, które znały s. Joannę od pierwszej chwili były przekonane, że jest to nieprawda. Podaje kolejne dowody świadczące, że nie są zgodne z prawdą informacje zawarte w artykule Martyny Bundy, opublikowanym w grudniu ub. r. przez tygodnik „Polityka”. Bunda, powołując się na informacje uzyskane od Ewarysta Walkowiaka (rzekomego syna s. Lossow), pisze, że s. Joanna przez całe życie sporządzała zapiski w formie „listów do syna”. Tymczasem w archiwum w Laskach, dokąd trafiła cała spuścizna po s. Joannie nie istnieją żadne tego rodzaju „listy” czy zapiski.

Potwierdza to s. Faustyna, archiwistka Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. Wyjaśnia, że zgromadzenie (…) w celu jednoznacznego wyjaśnienia sprawy sięgnęło do wszystkich możliwych dokumentów. „Po dokładnej kwerendzie archiwaliów oraz po rozmowach z siostrą, która opiekowała się s. Joanną w ostatnim okresie jej życia, mogliśmy z całą pewnością stwierdzić, że nie istniały zapiski o jakich pisze Polityka”.

Przeprowadzona kwerenda źródeł wykazała ponadto, że s. Joanna była osobą, cieszącą się wielkim zaufaniem Matki Elżbiety Róży Czackiej, założycielki zgromadzenia. W trudnym okresie wojny, do załatwienia najtrudniejszych spraw (…) wysyłała właśnie s. Joannę. Fakt ten pośrednio wyklucza zamieszanie s. Joanny w jakąś „aferę”. S. Faustyna podkreśla, że w artykule opublikowanym przez „Politykę” aż „roi się od błędów i można je wykazać niemal w każdym zdaniu”.

Tadeusz Konopka dodaje, że nie może być prawdziwa np. opisana tam scena oświadczyn niemieckiego oficera Hansa von Lossowa wobec Haliny Lossow (późniejszej s. Joanny), jego dalekiej kuzynki, która miała z nim zajść w ciążę. Miała się ona odbyć w majątku Lossowów w lecie 1941 r., a tymczasem rodzina Lossowów na początku wojny została usunięta z majątku i nie zamieszkiwała już w Gryżynie. Bezsporne źródła wskazują, że w tym czasie s. Joanna należąca do Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek od 1933 roku, przebywała w domach zgromadzenia – głównie w Laskach, w Warszawie, a okresowo w Żułowie na Lubelszczyźnie.

Nieprawdą jest także opisywane przez „Politykę” pełne dramaturgii wywiezienie z Lasek „dziecka” s. Joanny. „Rozmawiałyśmy ze starszymi siostrami, które żyły w czasie okupacji. Żadnej takiej historii nie znają. Specyfiką Lasek jest to, że funkcjonujemy w otwartym środowisku a nie za klasztornym murem. Gdyby się coś podobnego działo, nie uszłoby uwadze innych ludzi, nie mówiąc o siostrach. To jest po prostu niemożliwe!” – wyjaśnia s. Faustyna.

„Aby uzyskać ostateczny dowód podjęte zostały starania o wykonanie badań genetycznych – informuje Konopka. Bowiem te, przeprowadzone we Wrocławiu w lipcu 2009 r. z inicjatywy Ewarysta Walkowiaka podającego się za syna s. Joanny, wskazują tylko na pewien stopień ich pokrewieństwa, a nie stanowią dowodu jakoby s. Lossow mogła być jego matką. Do badań we Wrocławiu został wykorzystany materiał genetyczny bratanicy s. Joanny, Marii oraz znaczki, przyklejane kilkadziesiąt lat temu przez s. Joannę, gdzie mogły zachować się pozostałości jej śliny.

Prowadzący te badania dr Tadeusz Dobosz z Zakładu Technik Molekularnych KiZMS we Wrocławiu wyjaśnia KAI, że prawdopodobieństwo, iż osoba, która naklejała znaczek była matką Ewarysta Walkowiaka, wyniosło 75 procent. Wedle genetyka „jest to pewne wskazanie, ale wcale nie mocne i bynajmniej nie graniczące z pewnością”.

„Wynik ten jest niepewny tym bardziej, że nie był badany materiał genetyczny w formie tkanek, lecz ślina spod znaczka naklejonego ok. 50 lat temu. Na tej podstawie nie dało się wykluczyć macierzyństwa, natomiast też nie udało się go udowodnić” – wyjaśnia dr Dobosz.

Natomiast jest faktem – podkreśla dr Dobosz – prawdopodobieństwo, obliczone na 98 proc., że Maria Lossow i Ewaryst Walkowiak są bliskimi krewnymi. „Tego wyniku jednak nie można uogólniać i w nieuzasadniony sposób rozciągać na sprawę rzekomego macierzyństwa osoby naklejającej znaczek” – dodaje genetyk.

Kolejne badania genetyczne stały się możliwe dzięki odnalezieniu przechowywanych w jednym z warszawskich szpitali wycinków pobranych bezpośrednio od s. Lossow, na krótko przed jej śmiercią, która nastąpiła w styczniu 2005. Szpitale mają obowiązek przechowywać tego rodzaju materiał przez kilka lat.

S. Joanna przeszła operację w grudniu 2004 r. i wówczas zabezpieczono jej tkanki do badań histopatologicznych. Właśnie ten materiał był badany w maju br. w Katedrze i Zakładzie Medycyny Sądowej UM w Lublinie, a oznaczony profil genetyczny wyklucza macierzyństwo s. Joanny w stosunku do Ewarysta Walkowiaka.

Prowadzący w Lublinie badania dr hab. Piotr Kozioł wyjaśnia KAI, że „tkanka zatopiona w parafinie nie ulega degradacji, dlatego stanowi bardzo dobry materiał do badań DNA”. Badania wykazały - informuje – że "profil STR DNA ustalony z tkanki Haliny Lossow (s. Joanny) jednoznacznie wyklucza macierzyństwo tej kobiety wobec osobnika o profilu genetycznym DNA ustalonym u Ewarysta Walkowiaka przez Zakład Technik Molekularnych KiZMS we Wrocławiu".

Stuprocentową wiarygodność wyników badań dokonanych w Lublinie potwierdza w rozmowie z KAI również dr Dobosz, będący autorem badań przeprowadzonych we Wrocławiu. „Do wyników badań dr. Kozioła odnoszę się z pełnym zaufaniem, tym bardziej, że posiadał on autentyczny materiał genetyczny s. Lossow” – potwierdza.

« 1 2 »

Zobacz także

  • Adam - prawnik
    10.08.2013 18:48
    jest tylko jeden i to wielki " szkopul " - pobrano DNA siostry Joanny bez przedstawicieli Prawa i zrobiono badanie na wlasna reke przez zakonnice u znajomego profesora .. Czy naprawde bylo to DNA siostry Joanny Losow ??? to najpierw trzeba potwierdzic lub wykluczyc .
    doceń 15
  • Sprawiedliwy wśród narod
    13.07.2018 16:35
    wystarczy sprawdzić w aktach, porównać zdjęcia, i dodać dwa do duch że siostra ta urodziła dziecko porzuciła i zapewne dręczyły ją całe życie wyrzuty sumienie. Nie nam osadzać jej postępowanie, ale możemy osądzić tych co żyją i za wszelką cenę chcą zakłamać prawdę, aby się zwyczajnie wzbogacić.
    doceń 6
  • Ania
    08.05.2019 16:12
    PRZECIEŻ ZDJĘCIA MÓWIĄ WSZYSTKO - PODOBIEŃSTWO JEST UDERZAJĄCE. SZKODA, ŻE SIOSTRY TAK BARDZO CHCĄ TKWIĆ W KŁAMSTWIE. CO ZLEGO W TYM, ŻE SIOSTRA URODZIŁA DZIECKO? WSZYSCY JESTESMY LUDZMI, POPELNIAMY BLEDY, NIE DOTRZYMUJEMY PRZYSIEG ITD. NIE ROZUMIEM, JAK MOŻNA TAK BRNĄĆ W ZLO, KLAMAC CIAGLE I TORTUROWAC BIEDNEGO PANA ERNESTA.
    doceń 2
  • skiperko
    24.08.2019 00:19

    Jestem rodzinnie i sentymentalnie związany z Gryżyną, z której pochodzi moja rodzina ze strony matki. Jednocześnie zastrzegam, że uważam się za człowieka lewicy (nie mylić z SLD, którego nie znoszę) i mam krytyczny stosunek do kościoła katolickiego (nie chodzi o wojujący ateizm, lecz nadmierny - moim zdaniem - wpływ kościoła na życie społeczne i polityczne w Polsce po 1989). A teraz ad meritum:
    Członkowie mojej rodziny pracowali u Lossowów w okresie międzywojennym, dlatego mogłem porozmawiać z nimi o tej sprawie. Z ich relacji wynika, że późną jesienią 1939 roku Józef Lossow i jego rodzina dostali od Niemców "nakaz eksmisji" i musieli opuścić swój majątek w Gryżynie. Przypominam, że mówimy o ziemiach wcielonych do Rzeszy, a nie o GG gdzie wielu polskich właścicieli ziemskich zachowało swoje majątki. Lossowowie przenieśli się do Poznania, gdzie mieli mieszkanie, tam też spędzili cały okres wojny (z wyjątkiem syna Aleksandra, który walczył we wrześniu 39, potem działał w AK, i ostatecznie zginął podczas Powstania Warszawskiego). Józef Lossow zmarł w 1950 roku, a jego grób znajduje się na cmentarzu przy ul. Bluszczowej na poznańskim Dębcu. Rzekomy romans między niemieckim oficerem a córką
    Józefa - ur. w 1908 Haliną Lossow (przyszłą s. Joanną) - miał się zdarzyć w lecie 1941 roku. Tyle tylko, że Lossowów od dawna już w Gryżynie nie było. Potwierdzili to moi rozmówcy (będący potomkami uczestników tamtych zdarzeń). W dworze gryżyńskim zamieszkał jakiś
    emerytowany niemiecki major z rodziną. Z całą pewnością nie mógłby on zostać bohaterem tego "romansu".
    Nikt nie mówi o historii Lossowów, która wiele wnosi do całej tej opowieści. Lossowowie pochodzili ze wschodnich Niemiec (blisko Frankfurtu nad Odrą jest nawet miejscowość Lossow). Pradziadek Józefa - Konstanty Lossow kupił majątek gryżyński w 1838 od spadkobierczyni Wierusz-Kowalskich,
    wcześniejszych właścicieli Gryżyny. Kompletnie wbrew ówczesnej koniunkturze politycznej, rodzina Lossowów szybko się spolonizowała (na co niewątpliwy wpływ miały małżeństwa ze szlachciankami z wielkopolskich rodzin). Bez zbędnych szczegółów: Józef Lossow (ur. 1874, ojciec s. Joanny), choć zachował wyznanie ewangelickie, nie tylko uważał się za Polaka, to w dodatku bez dwóch zdań można go uznać za polskiego patriotę. Nie dość że dobrze gospodarował i nie traktował chłopów z pogardą (co w innych regionach zdarzało się nader często), brał udział w Powstaniu Wielkopolskim, jak również był oficerem wojska polskiego (był pierwszym dowódcą 15. Pułku Ułanów Poznańskich). Dodam też, że ewangelik Józef ufundował katolicki kościół p.w. św. Barbary w Gryżynie. Jednym zdaniem: na pewno nie był "ukrytą opcją niemiecką", a po inwazji nazistowskiej w 1939, jako człowiek pochodzący z rodziny o niemieckich korzeniach - bardziej niż rdzenni Polacy ryzykował manifestowaniem swojego przywiązania do polskości.
    Wniosek jest taki: w obliczu faktów (Lossowowie opuścili Gryżynę jeszcze w 1939 roku, a rzekomy romans miał się zdarzyć w 1941) oraz całej historii Lossowów, którzy przez hitlerowców łatwo mogli zostać okrzyknięci "zdrajcami narodu niemieckiego" - jest bardzo mało prawdopodobne, że Halina Lossow mogłaby wdać się w romans z "przystojnym niemieckim oficerem" - zresztą takiej persony nikt ze starych mieszkańców Gryżyny nie pamięta. Halina Lossow w 1941 roku miała już 33 lata. Panny z bogatych rodów (Lossowowie byli przedwojennymi milionerami) wychodziły za mąż w
    znacznie młodszym wieku. Skoro tego nie zrobiła - być może wbrew perswazjom rodziny - zapewne miała jakiś powód. Jej dalsze losy wskazują na to, że była osobą uduchowioną. Na ten temat nie chcę się wypowiadać, bo znam temat z trzeciej ręki, a historia s. Joanny jest dobrze opisana.
    Podsumowując: historia romansu przyszłej zakonnicy Haliny Lossow z niemieckim oficerem, którego owocem stał się p. Ewaryst to historia nader atrakcyjna, ale - w obliczu faktów - chyba jednak wyłącznie fikcyjna.
    doceń 0

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama