Restrykcyjne prawo było powodem zaciętej batalii nie tylko we francuskim parlamencie. Nicolas Sarkozy bronił „godności kobiet”. Przeciwnicy zakazu noszenia islamskich nakryć wysuwali natomiast argumenty demograficzne: we Francji żyje dwa tysiące salafitek, po co więc ustawa.
Kontrargumentem były, logiczne zresztą w epoce zamachów terrorystycznych, obawy o względy bezpieczeństwa. Zakaz miał też bronić „laicité”. Prawica straszyła zalewem islamu, publicyści gwałtowną reakcją fundamentalistów.
Tymczasem cisza. A salafitki same zorganizowały happeningi. W nikabach i burkach paradowały przed katedrą Notre Dame, w prestiżowej restauracji Fouquet’s na Polach Elizejskich, w kafejce parlamentarzystów vis-à-vis budynku Zgromadzenia Narodowego.
„I żadnej z nas nie wlepiono mandatu” – napisały salafitki w oświadczeniu. Tymczasem za pojawienie się w tych miejscach powinien grozić mandat od 150 euro. Kto tu się wygłupił: policja, państwo czy salafitki? Jedno jest pewne, te ostatnie, wbrew panującej opinii, mają swoje zdanie i odwagę.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








