Koledzy ze studiów polonistycznych przybili mu na drzwiach pokoju w bursie akademickiej wizytówkę: „Karol Wojtyła – początkujący święty”. Został Ojcem Świętym i świętym człowiekiem. W jego twarzy, w jego oczach obecny był zawsze błysk radości, czasami wręcz figlarnej. Poczucie humoru, skłonność do żartobliwych komentarzy, także pod własnym adresem… To było coś więcej niż tylko cecha charakteru i inteligencji. Ta radość musiała pochodzić z góry. Nie tracił jej bowiem nawet w trudnych sytuacjach. Laską, którą się posługiwał, wymachiwał czasami jak Charlie Chaplin, ku radości młodzieży i przerażeniu swojego otoczenia. Kiedy w klinice Gemelli zdecydowano się na tracheotomię (wprowadzenie rurki do tchawicy), lekarze poinformowali papieża, że to „taki mały zabieg”. „Mały? Zależy dla kogo” – odpowiedział.
1. Człowiek: pogoda ducha
Anegdot z jego życia nie brakuje. Zwłaszcza te z dzieciństwa obrastają legendą. To normalne u świętych. Lolek Wojtyła przyjaźnił się z Jurkiem Klugerem, żydowskim rówieśnikiem z Wadowic. Razem grali w piłkę, pływali w Skawie, urządzali wycieczki. Karol ponoć pomógł swojemu najlepszemu koledze na maturze z łaciny, pozwalając mu ściągnąć tłumaczenie. Podczas wizyty w Wadowicach w 1999 r. papież zaimprowizował wspomnienia z lat swojej młodości. Niezwykły dialog uśmiechniętego papieża ze swoimi rodakami pokazuje być może najpiękniej tę cechę: radość życia płynącą z wdzięczności. Jan Paweł mówił: „Tu, w tym mieście, w Wadowicach, wszystko się zaczęło. I życie się zaczęło, i szkoła się zaczęła, i studia się zaczęły, i teatr się zaczął, i kapłaństwo się zaczęło (ludzie: Sto lat). To jest łatwiej wyśpiewać, niż wykonać…
A w tamtym domu mieszkał Jurek Kluger. A tam była cukiernia. Po maturze chodziliśmy na kremówki. Że myśmy to wszystko wytrzymali, te kremówki po maturze… Wszystkiego się nie da wymienić, spamiętać i tak dość dużo pamiętam. (ludzie: bardzo dużo). Bo się porządnie uczyłem w szkole. Jeszcze się uczyłem łaciny, jeszcze się uczyłem greki. Wy wiecie, co to jest? Coś wspaniałego… Kiedy byliśmy w piątej gimnazjalnej, graliśmy »Antygonę« Sofoklesa. Antygona – Halina, Ismena – Kazia, mój Boże. A ja grałem Hajmona. »O ukochana siostro ma Ismeno, czy ty nie widzisz, że z klęsk Edypowych żadnej na świecie los nam nie oszczędza?«. Pamiętam do dziś. A wy jeszcze gracie teraz, macie teatr amatorski w »Sokole«? Tam to było świetnie”.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








