Nowy numer 43/2020 Archiwum

Rosyjscy amisze

To się nazywa prawdziwa miłość do ojczyzny, która ich samych nigdy nie kochała. Po osiemdziesięciu latach wygnania starowiercy wracają z Ameryki Łacińskiej do Rosji. I dopiero tu czują się u siebie.

Mężczyźni w tradycyjnych rosyjskich rubachach, kobiety w strojach jakby żywcem przeniesionych z XVI wieku i dzieci – w dużej ilości – ubrane jak rodzice. Wszyscy mają niebieskie oczy i płowe włosy i posługują się pięknym, czystym rosyjskim, z dobrze wyczuwalnym syberyjskim akcentem. Taki widok nie jest codziennością na międzynarodowym lotnisku Szeremietiewo 2. A smaku tej sytuacji dodaje fakt, że wszyscy podróżni w tych strojach (a jest ich ponad trzydziestka) przyjechali do Moskwy z Boliwii (z przesiadką w Paryżu). Ale myliłby się ten, kto postrzegałby w nich jakiś zespół ludowy, który wraca z tournée. Ci ludzie to autentyczni starowiercy, którzy po osiemdziesięciu latach od momentu, gdy ich przodkowie opuścili Związek Sowiecki, wracają do domu. Domu, którego nigdy nie znali, ale którego też nigdy nie utracili.

Zew ojczyzny
Opisujący grupy latynoskich staroobrzędowców etnografowie czy dziennikarze nigdy nie mieli wątpliwości, że nie zintegrowali się oni ze swoimi nowymi ojczyznami. Ich przodkowie przybyli tam w latach 40. z Chin, gdzie uciekali przed sowieckimi prześladowaniami. W nowych krajach (pierwszym krajem osiedlenia była dla nich Brazylia, ale stamtąd rozprzestrzenili się na całą Amerykę Łacińską) zakładali osady i w nich kultywowali własne tradycje. Uczyli dzieci pięknej ruszczyzny i pielęgnowali tradycje religijne, w których centrum było i jest przekonanie, że rosyjskie prawosławie (czyli stary obrządek) jest najprawdziwszą formą prawosławia, a staroruski styl życia to szansa na najszczęśliwsze spędzenie na ziemi powierzonych przez Boga dni.

Efekt był taki, że choć znali język hiszpański i portugalski, to myśleli, modlili się i rozmawiali tylko po rosyjsku. I nigdy nie tracili swojej tożsamości. – Urodziłem się w Boliwii, żyję tu całe swoje życie. Ale czy to znaczy, że jestem Boliwijczykiem? Nie. Jestem Rosjaninem wierzącym w Chrystusa – odpowiadał na pytanie badacza o swoją tożsamość jeden ze starowierców. I podobne opinie dziennikarze usłyszeli na lotnisku Szeremietiewo 2 od grupy powracających do ojczyzny staroobrzędowców. – Wreszcie poczułem się w pełni Rosjaninem. I jestem z tego powodu szczęśliwy. Mam 42 lata, urodziłem się w Brazylii, potem wyjechałem do Boliwii, ale zew ojczyzny czułem zawsze. Słuchałem wiadomości z Rosji i wreszcie zdecydowałem się na powrót – opowiada Elisej Efremowicz Muryczew, jeden z powracających. A jego żona zapewnia, że nie ma takiej rzeczy, która może im się w Rosji nie podobać. Gdy dziennikarze pytają o mrozy, których nie da się porównać z boliwijskim gorącem, kobieta odpowiada z uśmiechem: „Co tam mróz. Jak jest zimno, to się ubierasz i od razu jest ciepło. A co zrobić, gdy jest gorąco?”.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama