To było pożegnanie godne mistrza. Simon Ammann padający przed naszym mistrzem na kolana z zapuszczonymi na tę okazję wąsami, tysiące żegnających Małysza polskich kibiców, wśród nich żona i córka skoczka z Wisły. Zabrakło jedynie chorującego trenera Hannu Lepistoe.
„Do swojej pracy zawsze jechałem z uśmiechem. Nie wyobrażam sobie, że niektórzy chodzą do pracy, bo muszą, to straszne” – mówił po konkursie o swym zwykłym roboczym dniu Małysz. Może w tych słowach tkwi tajemnica jego ogromnego sukcesu? „Umarł król, niech żyje król” – chciałoby się zawołać po skokach na Letalnicy.
Pierwsze miejsce w konkursie zajął Kamil Stoch, następca „Orła z Wisły”. Poszybował na odległość 215,5 m. Odniósł tym samym trzecie w karierze pucharowe zwycięstwo.
A jednak mi żal... W polskich domach nie usłyszymy już przy niedzielnym rosole: „I zawołaj mnie, jak Małysz będzie skakał”. Czy będziemy się odtąd nawoływać na skoki Stocha?
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








