Nowy numer 3/2021 Archiwum

Serce mam katolickie

O zakładaniu hełmu zamiast mitry, manowcach ateizmu i walce o kościół w Tarsie z kardynałem Joachimem Meisnerem rozmawia ks. Tomasz Jaklewicz.

Kardynał Joachim Meisner – ur. 1933 pod Wrocławiem. Po wojnie wraz z matka i rodzeństwem przeprowadził się do Turyngii należącej do dawnej NRD. Święcenia kapłańskie przyjął w roku 1962, w 1975 r. został biskupem pomocniczym administratora apostolskiego Erfurt-Meiningen, w 1980 r. biskupem podzielonego Berlina, a 3 lata później kardynałem. W 1988 r. Jan Paweł II mianował kard. Meisnera arcybiskupem Kolonii, największej diecezji niemieckiej. W 2005 roku KUL przyznał mu tytuł doktora honoris causa. Kard. Meisner słynie ze swojej wierności nauczaniu Kościoła i lojalności wobec papieża, dlatego świeckie media poprzedzają często jego nazwisko etykietką „konserwatywny”.

Ks. Tomasz Jaklewicz: Ksiądz Kardynał był biskupem w dawnej NRD, a potem w Niemczech Zachodnich. Gdzie było trudniej być duszpasterzem?
Kard. Joachim Meisner: – Byłem biskupem w podzielonym Berlinie. Miałem więc do czynienia naraz z dwoma systemami. Jan Paweł II powiedział mi kiedyś, że moja lewa strona jest socjalistyczna, prawa kapitalistyczna, ale serce jest katolickie (śmiech). Szczerze mówiąc, łatwiej było być duszpasterzem na Wschodzie niż na Zachodzie. Na Zachodzie zamiast mitry musiałbym czasem założyć hełm, na Wschodzie wystarczyła mi mitra.

Naprawdę?
– Podam przykład. Lewicowi studenci zajęli kiedyś podczas ferii szkołę katolicką. Nie umiałem się z nimi po ludzku dogadać, musiałem wezwać na pomoc policję. W Berlinie Zachodnim raz po raz musiałem prosić o pomoc policję. Sami katolicy z zachodniej części uważali, że ci ze Wschodu są bardziej pobożni i zasadniczy w swojej wierze. Żeby być sprawiedliwym, trzeba dodać, że ludzie żyjący w socjalizmie mieli mniej okazji do grzeszenia niż żyjący w kapitalizmie.

Ksiądz Kardynał zwraca uwagę, że w Europie trwa proces odcinania się od własnych korzeni. Skąd się bierze niechęć zachodnich elit i mediów do chrześcijaństwa?
– Ludzie chcą dziś być absolutnie autonomiczni, dlatego emancypują się od Boga. Człowiek stawia siebie na miejsce Stwórcy i nagle sam robi się za wszystko na świecie odpowiedzialny, tak bardzo, że chce nawet poprawiać naturę. Ale z drugiej strony instynktownie czujemy, że oddalenie się od Boga to błędna decyzja, nawet, jeśli nie chcemy się do tego przyznać. Dlaczego? Bo nosimy w sobie obraz Boży. Wyzwolić się od Boga to trochę tak, jakby pozbyć się własnej skóry. Człowiek czasem opuszcza Boga, ale Bóg nigdy nie opuszcza człowieka.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama