Nowy numer 45/2018 Archiwum

Jezus siedzi na tapczanie

O islamie, prostaczkach i kopertach z pieniędzmi z bratem Morisem rozmawia Marcin Jakimowicz

Do znajomego księdza podeszło parę pobożnych kobiet: Możemy dostać adresy niewierzących z naszej parafii? – A po co? – zdziwił się. – Bo my weźmiemy obraz Matki Boskiej Częstochowskiej i pójdziemy ich nawracać. Wy, Mali Bracia, żyjecie obok ludzi zanurzonych w grzechu i nie chcecie ich nawracać. Dlaczego?
BRAT MORIS: – Karol de Foucauld nigdy nie nawracał muzułmanów. Chciał być ich bratem, kochać ich, oddać za nich życie. A to nie to samo. Przez lata żyłem wśród ubogich warszawiaków na Pradze. Byli moimi braćmi. Na początku trochę się maskowałem, nie wiedziałem, jak przyjmą Francuza. Ale byli dla mnie bardzo serdeczni, otwarci. Źle mówiłem po polsku, ale oni też źle mówią po polsku (śmiech).

Nie opowiadał im Brat o Jezusie?
– Jeśli trzeba było, opowiadałem. Kiedy sąsiad narzekał: Nie chcę już żyć, to nie ma sensu, odpowiedziałem: Przepraszam, ale nie mów tak. Twoje życie ma sens: Jezus cię kocha. Żyjesz. Nikt nie zna cię tak dobrze, jak Bóg. Jutro będzie lepiej. Żyj. My, Mali Bracia, nigdy się nie narzucamy. Nie mówimy: żyjesz w grzechu, robisz bardzo źle! Mówimy raczej: bardzo mi przykro, że jesteś dziś chory, bo za dużo piłeś. Mówimy jak do przyjaciół. Bo ci ludzie naprawdę doskonale wiedzą, że robią coś złego. I nie trzeba do tego wracać. Co Jezus mówił? Nie grzesz więcej, ale nigdy nikogo nie odrzucał, nie oskarżał. Kiedyś poszedłem na pogrzeb ubogiego sąsiada. Byłem po cywilnemu, stałem z tyłu. Nie było księdza. „Nie ma pieniędzy. Wszystko kosztuje” – tłumaczyła rodzina. Grabarze wrzucili ciało do dziury. A ja nie wytrzymałem: Panowie, to nie jest worek. To nie jest pies, to Darek, mój przyjaciel. Wyciągnąłem z plecaczka habit i mówię: Nie umiem odprawiać pogrzebu, nie mam książki, pomódlmy się po swojemu. I zaczęliśmy wszyscy modlić się nad grobem. Często chodziłem na pogrzeby. Oni bardzo szybko umierali.

Nie mieli do Brata dystansu?
Jak na przykład do księży? – Nie. Ja z nimi żyłem. Wracałem w nocy i nigdy nie spotkałem się z agresją. Mówili, że „swoich” nie ruszą. A księży nie lubią, rzeczywiście. Pewnego razu jeden z moich sąsiadów pijany krzyczał: Nienawidzę księży! Podszedłem i mówię: Uspokój się, jaki to ma sens? Moja sąsiadka pytała kiedyś zdziwiona: Moris, widzisz, jak żyjemy, a nigdy nie masz zarzutów;
jest ci przykro, ale nie krytykujesz. Możemy być przed tobą szczerzy. Jak ty to robisz?

No właśnie. Jak Brat to robi?
– Nic nie robię. Żyję z Jezusem. Poznałem Go, gdy byłem młody i wtedy rzuciłem się w Jego ramiona. Ruszyłem na pustynię. Podobno spotkał tam Brat Magdalenę, założycielkę Małych Sióstr Jezusa. Mówiła młodym mniszkom: „Nie bójcie się wyruszać na wszystkie kontynenty lekkie, lżejsze od mydlanych baniek”. Jak można, mając taki bagaż doświadczeń, wspomnień, przyjaźni, wyruszyć lekkim jak piórko, bez oglądania się wstecz?

– To bardzo łatwe, bo idziesz z Jezusem. Czego masz się bać?
Pamiętam taką scenę: Sahara, siedzieliśmy na podłodze (nie mieliśmy krzeseł, żadnych mebli). Byliśmy ubrani jak Arabowie. Nagle przełożony powiedział: Ty wyruszysz do Japonii, ty do Wietnamu. Ja trafiłem do Maroka. Nie znałem tam nikogo. Wiedziałem tylko, że mam mieszkać w dzielnicy slumsów, wśród baraków. Musiałem znaleźć pracę, aby przeżyć, nauczyć się mówić po arabsku. Ale: Jezus jest z nami!

« 1 2 3 »
oceń artykuł

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji