Reklama

    Nowy numer 12/2023 Archiwum

Za granice filozofii

Wybitny filozof i wielka święta, też zresztą filozof. Historia przyjaźni św. Edyty Stein z urodzonym 130 lat temu Romanem Ingardenem poszerza nasze myślenie zarówno o świętości, jak i o filozofii.

Intensywność tej relacji zmienia się pod wpływem czasu i życiowych decyzji obojga, ale przyjaźń trwa i przez ponad dwadzieścia lat znajduje odbicie w fascynującej, także dla współczesnego czytelnika, korespondencji. Pokazuje, jak bliscy mogą być sobie ludzie, mimo odmiennego patrzenia na świat i zupełnie różnego podejścia do spraw wiary.

Życzę Ci pełni

Poznali się w Getyndze, gdzie przybyli, by studiować filozofię. Dla Edyty Stein, Niemki żydowskiego pochodzenia, był to czas duchowego niepokoju po okresie religijnego zobojętnienia, jakie przeżyła w wieku nastoletnim. Po porzuceniu judaizmu, spowodowanym m.in. samobójstwem wuja i stryja, dręczyła ją pustka, której „psychologia bez duszy”, studiowana wcześniej we Wrocławiu, nie mogła zapełnić. Za to fenomenologia Edmunda Husserla, odwołująca się do intuicji, coraz bardziej przybliżała ją do metafizyki. Przybliżyła ją też do Romana Ingardena, Polaka, który do Getyngi przybył ze Lwowa, a po wybuchu I wojny światowej pozostał w tym mieście, zwolniony z Legionu Polskiego z powodu wady serca. Gdy Husserl przeprowadza się do Fryburga, oboje podążają za swoim mistrzem, a między nimi rodzi się intensywna relacja, którą jednak początkowo każde z nich interpretuje nieco inaczej. Zachowały się jedynie listy Edyty, więc niektórych rzeczy możemy się tylko domyślać. Da się jednak zauważyć, że jej głębokie z początku zaangażowanie uczuciowe nie spotkało się z odwzajemnieniem.

„Kochany mój, w ten wieczór jeszcze raz chciałabym być przy Tobie i powiedzieć Ci niejedno, w czym winna Ci jestem wyjaśnienie. Najpierw prosić, byś mi wybaczył, że pod wpływem tych trudnych dni, jakie mam za sobą, i tych, które mnie jeszcze czekają, nie byłam w ostatnim czasie zdolna nawet do odrobiny wesołości. Spośród wszystkiego, co mnie teraz dręczy, na pierwszy plan wysuwa się to, że nie miałam siły ukryć przed Tobą swego cierpienia i w ten sposób przydałam Twemu życiu o jeden cień więcej, zamiast choćby małego promyka. (...) głęboko wierzę, że potrafisz znów zbudzić się do pełni życia. I życzę Ci takiej jego pełni i bogactwa, jakie tylko świat może ofiarować. Chciałabym mieć czarodziejską moc, której Mistrz [Husserl – przyp. Sz.B.] żądał ode mnie wczoraj, by samej móc Ci je stworzyć” – pisała przyszła święta 24 grudnia 1917 r., ten jeden raz tylko podpisując się „Twoja Edyta”. W następnym liście, datowanym na 29 stycznia 1918 r., wraca wcześniejszy zdystansowany ton, za którym teraz ukrywają się dodatkowo zranione uczucia: „Drogi Panie, po tym wstrętnym liście, w którym pożegnał się Pan z Fryburgiem, właściwie wcale już nie miałam ochoty pisać do Pana. Ponieważ jednak zadaje mi Pan kilka »rzeczowych« pytań, zaspokoję Pańską ciekawość”.

Kropla octu w morzu słodyczy

W życiu osobistym obojga zachodzą wkrótce istotne zmiany. Ślub Romana z Marią Adelą Pol w 1919 r., kolejne nieodwzajemnione uczucie Edyty (tym razem do filozofa Hansa Lippsa), wreszcie jej coraz bardziej intensywne myśli o przejściu na katolicyzm – sprawiają, że listy stają się mniej emocjonalne, a bardziej rzeczowe. „Doświadczenie [z Lippsem – przyp. Sz.B.] było co najmniej tak samo bolesne, ale moja odporność wewnętrzna wzrosła o tyle, że pozwoliła mi przejść przez nie łatwiej i na tej drodze właśnie, jak sądzę, osiągnąć duchową wolność” – opisywała ten czas z kilkuletniej perspektywy w liście z 1925 r. Była już wtedy ochrzczona i wykładała w Instytucie Kształcenia Nauczycieli Sióstr Dominikanek u św. Magdaleny w Spirze.

Z listów wywnioskować można, że Romanowi trudno było zrozumieć zwrot Edyty ku chrześcijaństwu. Stąd i ona o swojej drodze duchowej zaczyna pisać coraz bardziej lakonicznie. Rozumie, skąd bierze się jego punkt widzenia: „Pańskie postępowanie jest przecież całkiem typowe dla intelektualistów, którzy nie wychowali się w atmosferze Kościoła, a ja sama jeszcze kilka lat temu nie ujęłabym tej sprawy inaczej”. Na zarzut Ingardena, że używanie argumentów pochodzących z wiary w pracy intelektualnej godzi w „honor filozofa”, odpowiada jednak: „(...) wedle mojego przekonania – nie tylko religijnego, lecz także filozoficznego – istnieją rzeczy, które wykraczają poza granice naturalnych możliwości poznawczych. Filozofia, rozumiana jako nauka opierająca się wyłącznie na naturalnym poznaniu, jak Pan ją przecież bez wątpienia pojmuje, może także poznać właśnie te swoje granice”.

Jeszcze trudniej zapewne było pojąć Ingardenowi decyzję Edyty Stein o wstąpieniu do Karmelu. „Na piękną uroczystość moich obłóczyn dostałam tylko kwaśną namiastkę życzeń” – żali się świeżo upieczona karmelitanka, która przybrała imię zakonne Teresa Benedykta od Krzyża. „Ale przecież jedna jedyna kropelka octu niewiele jest w stanie zdziałać w morzu słodyczy” – dodaje zaraz. W przedostatnim ze swoich listów, napisanym latem 1937 r., zakonnica nie kryje jednak irytacji postawą filozofa: „Czy nie mógłby się Pan wreszcie przełamać i nazywać mnie »Siostrą Benedyktą«, tak jak do tego obecnie przywykłam? Kiedy pisze Pan »Panna Stein«, muszę się zastanawiać, co to właściwie znaczy”.

W maju 1938 r. korespondencja się urywa. W obliczu narastających w Niemczech prześladowań Żydów z końcem tego samego roku siostra Teresa Benedykta od Krzyża zostaje przeniesiona do Karmelu w holenderskim Echt. Zatrzymana po zajęciu Holandii przez Niemców, ginie wraz ze swoją rodzoną siostrą Różą w komorze gazowej w Birkenau.

Filozof w klasztorze

Życie dopisało zaskakujący epilog do tej historii. W 1968 r. kardynał Karol Wojtyła, który, podobnie jak Edyta Stein w późniejszych latach życia, interesował się personalizmem Maxa Schelera, a także mistycznymi pismami św. Jana od Krzyża, poprosił Romana Ingardena o bliższe informacje na temat jej osoby. Odpowiedzią na tę prośbę był wykład wygłoszony przez filozofa w Krakowie 6 kwietnia 1968 r. „Zaproszenie do wygłoszenia odczytu przyjąłem z dwu względów: 1. Jestem jedynym człowiekiem w Polsce, który znał osobiście Edith Stein. (...) 2. Należeliśmy do tej samej wspólnoty filozoficznej: do grupy fenomenologów getyngeńskich, i przez wiele lat pozostawaliśmy w bliskich stosunkach naukowych (1916–1939). W latach 1916 i 1917 widywaliśmy się codziennie, w korespondencji pozostawaliśmy prawie aż do wybuchu wojny 1939 r.” – rozpoczął swój wykład Ingarden, zaraz potem upominając się o wydawanie także tych dzieł Edyty Stein, które powstały przed jej przejściem na katolicyzm i wstąpieniem do klasztoru. „Edith Stein była filozofem-uczonym – i pozostawała nim nawet w klasztorze” – zwrócił uwagę filozof. Jednocześnie w dalszej części wykładu tłumaczył się niejako ze swojego dystansu wobec późniejszych dzieł świętej. Stwierdził bowiem, że w tych dziełach „zaciera się różnica pomiędzy jej stanowiskiem filozoficznym a tym, co już niewątpliwie do filozofii nie należy, a należy do jakiejś teologii, i co także naturalnie należy tak lub inaczej rozważać”. Jego zdaniem Edyta Stein w pewnym momencie „zrezygnowała z uprawiania filozofii”, przynajmniej w takim sensie, w jakim nauczał jej Husserl. „Nie wolno w filozofii przyjąć niczego, czego absolutnej oczywistości po dokonanej analizie nie uzyskamy” – kategorycznie stwierdził Ingarden. „Dla niej, mam wrażenie, odgrywało to rolę. I dlatego myślę, że był tam jakiś ciężki kryzys wewnętrzny, który rozwiązała ona, moim zdaniem, w sposób szczęśliwy dla siebie” – dodał.

Zarówno ten wykład, jak i zainteresowanie przyszłego papieża przyczyniły się do tego, że wcześniejsze dzieła filozoficzne Edyty Stein zostały ostatecznie docenione. Wydaje się jednak, że ona sama poszła w swoim dziele znacznie dalej niż Ingarden – właśnie dlatego, że jej filozofia „poznała swoje granice”. Polski filozof zatrzymał się na progu tego doświadczenia, ale pozostał bliski sercu świętej karmelitanki, która w testamencie ofiarowała Bogu życie „za wszystkich tych, których mi dałeś, aby żaden z nich nie zginął”. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Szymon Babuchowski

Kierownik działu „Kultura”

Doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Przez cztery lata pracował jako nauczyciel języka polskiego, w „Gościu” jest od 2004 roku. Poeta, autor pięciu tomów wierszy. Dwa ostatnie były nominowane do Orfeusza – Nagrody Poetyckiej im. K.I. Gałczyńskiego, a „Jak daleko” został dodatkowo uhonorowany Orfeuszem Czytelników. Laureat Nagrody Fundacji im. ks. Janusza St. Pasierba, stypendysta Fundacji Grazella im. Anny Siemieńskiej. Tłumaczony na język hiszpański, francuski, serbski, chorwacki, czarnogórski, czeski i słoweński. W latach 2008-2016 prowadził dział poetycki w magazynie „44/ Czterdzieści i Cztery”. Wraz z zespołem Dobre Ludzie nagrał płyty: Łagodne przejście (2015) i Dalej (2019). Jest też pomysłodawcą i współautorem zbioru reportaży z Ameryki Południowej „Kościół na końcu świata” oraz autorem wywiadu rzeki z Natalią Niemen „Niebo będzie później”. Jego wiersze i teksty śpiewają m.in. Natalia Niemen i Stanisław Soyka.

Kontakt:
szymon.babuchowski@gosc.pl
Więcej artykułów Szymona Babuchowskiego