Nowy numer 47/2020 Archiwum

Dzwon na trwogę

Kościelny dzwon w Królowym Moście traci czysty ton. To znak, że zło czai się za progiem.

Ten dzwon na trwogę ostrzega też autorów kolejnej, trzeciej już po „U Pana Boga za piecem” i „U Pana Boga w ogródku”, opowieści o perypetiach bohaterów prowincjonalnego podlaskiego miasteczka Królowy Most, że ich inwencja już się wyczerpała. „U Pana Boga za piecem” wniósł w polskie kino popularne powiew świeżości zarówno w doborze tematu, jak i bohaterów. Jacek Bromski wykreował niezwykły, baśniowy świat, w którym rząd dusz sprawuje szanowany i lubiany przez parafian proboszcz, będący dla mieszkańców nie tylko przewodnikiem duchowym. Kiedy wymaga tego sytuacja, potrafi reagować szybko i zdecydowanie, by przeciwdziałać nadchodzącemu najczęściej z zewnątrz zagrożeniu. Nie pozbawiony drobnych słabości, jest ostoją tradycji i wartości, dzięki niemu życie w mieście płynie spokojnie. Jak u Pana Boga za piecem.

Popularność pierwszej części filmowego cyklu jest dowodem, że widzowie oczekują nie tylko dobrej rozrywki. To także świadectwo tęsknoty za autorytetem, który uosabia w sobie filmowy proboszcz. Bromski znalazł idealnego odtwórcę roli proboszcza w Krzysztofie Dziermie. Dzierma, z wykształcenia kompozytor, na co dzień konsultant muzyczny w Białostockim Teatrze Lalek, potrafił tchnąć w bajkowy świat filmu nutę autentyzmu. Tym razem do miasteczka przybywa instruktorka mająca przeszkolić policjantów w obsłudze komputerów.

Do Królowego Mostu przyjeżdża także, po latach spędzonych w Ameryce, Staś Niemodko, który usiłuje odremontować porzucony kiedyś rodzinny dom. Wkrótce mają też odbyć się wybory. Okazuje się, że obecny, niemający dotąd konkurencji burmistrz, będzie musiał zmierzyć się z miejscowym przedsiębiorcą, człowiekiem sukcesu. Obyty w świecie Niemodko, w Stanach Zjednoczonych sprzedawca samochodów, zostaje szefem jego sztabu wyborczego. Obaj kandydaci nie przebierają w środkach, by odnieść sukces. W bezlitosnej walce o fotel burmistrza bierze udział, na zlecenie przedsiębiorcy, nawet mafia zza miedzy. Na jej czele stoi Gruzin, 10 lat temu skutecznie wygnany z miasta.

„U Pana Boga za miedzą” przypomina raczej składankę zmontowaną z wieloodcinkowej telenoweli niż pełnometrażowy film fabularny. Ilość rozpoczętych, a następnie porzucanych i na nowo doklejanych wątków nie przechodzi, niestety, w jakość. Twórców opuściło też poczucie humoru, chyba że za taki uznamy prezentację obfitych biustów bohaterek z prowincji i ich niezwykłą miłosną aktywność. Na szczęście małżeńską. Nawet pastisz pojedynku z westernu „W samo południe” wypada żałośnie. Zresztą wszystko wydaje się w tej mało zabawnej komedii nie pierwszej świeżości, a całość, w której pobrzmiewają echa „Rancza” i „Plebanii”, sprawia wrażenie skleconej naprędce tanim kosztem produkcji.

U Pana Boga za miedzą, reż. Jacek Bromski, wyk.: Agnieszka Kotlarska, Grzegorz Heromiński, Krzysztof Dzierma, Andrzej Zaborski, Mieczysław Fiodorow, Polska 2009

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Dziennikarz działu „Kultura”

W latach 1991 – 2004 prezes Śląskiego Towarzystwa Filmowego, współorganizator wielu przeglądów i imprez filmowych, współautor bestsellerowej Światowej Encyklopedii Filmu Religijnego wydanej przez wydawnictwo Biały Kruk. Jego obszar specjalizacji to film, szeroko pojęta kultura, historia, tematyka społeczno-polityczna.

Kontakt:
edward.kabiesz@gosc.pl
Więcej artykułów Edwarda Kabiesza

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także