Nowy numer 48/2020 Archiwum

Kto nie istnieje w mediach, nie istnieje

Chcemy tego czy nie, żyjemy w erze rewolucji komunikacyjnej. To media decydują dziś o naszej świadomości literackiej.

Bez prawej nogi
Tekstem „Bez prawej nogi” Jarosława Jakubowskiego (GN nr 23) zainicjowaliśmy dyskusję na temat literatury. Pytaliśmy uczestników debaty o to, czy w młodej polskiej literaturze pierwsze skrzypce grają środowiska lewicowo-liberalne. Zastanawialiśmy się, czy mamy w naszej kulturze do czynienia ze słabością konserwatystów, a jeśli tak, to jakie są tego przyczyny. A może kategorie pochodzące ze świata polityki nie nadają się do opisu literatury? Do tej pory z poglądami Jarosława Jakubowskiego polemizowali Artur Nowaczewski i Dariusz Nowacki. Dziś ostatni głos w tej sprawie – artykuł Wojciecha Kudyby o sytuacji literatury w mediach. Podsumowaniem dyskusji niech będą fragmenty listów naszych Czytelników, zainspirowane poruszonym przez nas tematem.


Polemiści Jarosława Jakubowskiego mają rację, gdy piszą o pewnym pomieszaniu materii w artykule „Bez prawej nogi” (GN nr 23). Rzeczywiście brak w nim wyraźnego zakreślenia granic pomiędzy poezją i życiem literackim, prozą i próbami jej ideologizacji, literaturą i jej funkcjonowaniem w mediach. Podjęta przez nich próba skupienia uwagi wyłącznie na obszarze literatury i jej interpretacji, lekceważąca problemy jej medialności, wydaje mi się jednak dość lekkomyślna. Kto bowiem nie istnieje w kreowanym przez media obszarze informacyjnym, nie istnieje także w świadomości czytelników.

Jest niedobrze
Jeśli obejmiemy spojrzeniem rynek księgarski, wysokonakładową prasę, zastanowimy się nad mechanizmami upowszechniania książki, może się okazać, iż pejzaż nie będzie bardzo różnił się od wizji kreślonych dawniej przez Jerzego Stempowskiego: „Oddana w ręce handlarzy świń i łysiejących urzędników, książka europejska stała się parafiańska, tandetna w treści, głupia, zmanierowana na najniższy snobizm. W niewoli utraciła wszelką godność (...). Pamiętający inne czasy czytelnik grzebie hakiem w kupach tego drukowanego paskudztwa, jak śmieciarka w śmietniku, walcząc z mdłościami i chęcią wymiotowania na tę ohydę spłodzoną z bezwstydu i ciemnoty”. Gdyby te słowa napisał któryś z endeckich działaczy dwudziestolecia międzywojennego, może dałoby się je odczarować mantrą o średniowieczu, katolickim zaścianku i wrodzonym antysemityzmie. Ale stało się inaczej. Ich autor był członkiem loży „Kopernik”. Wydają się wciąż aktualne.

Chodzi przecież o wciąż ten sam problem nieczytania. Dariusz Nowacki ma rację, sugerując, iż nie jest to wyłącznie problem Jarosława Jakubowskiego, ale całej rzeczywistości „okołoliterackiej”. Zdaniem Stempowskiego, smutny nawyk ignorancji szerzy się bowiem najpierw wśród wydawców i księgarzy. Eseista zanotował po prostu zmianę modelu pośrednika literackiego, jaka dokonała się w ubiegłym wieku. Dziś wiemy to już z całą pewnością: o ile dawniej bywał on często czytelnikiem, a więc smakoszem i promotorem najbardziej wyśmienitych potraw literackich, o tyle dziś niemal powszechnie zmienia się w handlarza, którego interesuje wyłącznie produkcja, cena zbytu i – by nawiązać do terminologii Stempowskiego – „popyt na świnie”. Nie trzeba wielkiej bystrości, by zauważyć, że w podobną rolę chętnie wchodzą dziś specjaliści od literackiego marketingu, a nawet niektórzy recenzenci. Sądzę, iż zbyt łatwo godzimy się z podobną mentalnością, zbyt pochopnie rozgrzeszamy rozmaite nadużycia rzekomymi prawami wolnego rynku. Zbyt ochoczo wybieramy „dumne wygnanie”, chroniąc się przed specami od nagród i promocji w niszy tzw. czystej literatury.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama