Nowy numer 28/2018 Archiwum

Rzut bardzo osobisty

Marcin Jakimowicz: Gra Polonia Przemyśl. Młodziutki Jan Radoń dostaje piłkę i rzuca za trzy punkty. Sala szaleje…

Ks. Jan Radoń: – Za trzy punkty rzadko trafiałem, bo byłem na centrze. W kosza zacząłem grać stosunkowo późno. Wcześniej grałem w siatkówkę, w Karpatach Krosno. Na koszykówkę przeszedłem jako dwudziestokilkulatek. Trafiłem do Polonii przemyskiej. Moja drużyna była wicemistrzem Polski. Ale mnie wtedy już wywiało do seminarium…

Decyzję podjął Ksiądz z dnia na dzień? Na parkiecie?
– Nie. Rodziła się ona długo. Byłem ministrantem w rodzinnym Tarnowcu. Powołanie przyszło w momencie, gdy najmniej się tego spodziewałem. Otwierała się przede mną kariera sportowa. Chłopcy z zespołu mówili: zostań jeszcze na sezon. Ale mnie już ciągnęło w inny świat.

Popularność dla wielu sportowców staje się pułapką. Nie zaczynało Księdzu odbijać?
– Jeśli wygrywasz, kibice noszą cię na rękach. Czujesz się gigantem. Wielu dobrych chłopaków nie wytrzymywało ciśnienia i „poleciało”. Nie było wtedy jeszcze kapelanów, zaczęto powoli sprowadzać psychologów. Mnie na ziemię często sprowadzali rodzice. Graliśmy mecze w niedziele, ale ja zawsze byłem w kościele.

Kumple nie śmiali się?
– Nie. Wielu z nich też chodziło na Msze. Gdy odchodziłem do przemyskiego seminarium, zrobili mi piękne pożegnanie. Potem odwiedzali mnie kilka razy. Przyszli kiedyś w trudnej chwili: na parkiecie zmarł nasz kolega Mundek. Prosili o modlitwę.

Seminarium było lekiem na gwiazdorstwo?
– Tak. Łatwiej schować się tłumie, nawet przy moim wzroście. Tym bardziej że była nas setka. To był rocznik trzech diecezji. Już wtedy ciągnęło mnie na misje. Nasz wykładowca mówił nam: Słuchajcie, misja zaczyna się już 14 km stąd, za granicą z ZSRR, a nawet na przemyskim dworcu. Na Ukrainę wyjechałem tuż po święceniach.

Czy to nie jest dla młodziutkiego księdza rodzaj „samobójstwa”? Tu pełne kościoły, koszyki, a tam? Garstka.
– Na początku to trudne: człowiek staje przy ołtarzu w puściutkim kościele. Ciężko przywyknąć – pochodzę przecież z prężnego sanktuarium. Zawierzyłem temu, co usłyszał kiedyś Paweł: „Wystarczy ci mojej łaski”. Biskup Stanisław Padewski mówił nam: Zróbcie, co możecie. Ktoś, kto przyjdzie po was, będzie miał już łatwiej.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji