Nowy numer 49/2020 Archiwum

Kto się boi ekskomuniki?

Pomysł ekskomunikowania minister zdrowia wywołał niezły ferment. To kompromitowanie Kościoła i ruchów pro-life? A może zasadne wezwanie do bardziej konsekwentnej postawy?

Niektórzy biskupi w Stanach Zjednoczonych odważyli się prosić na piśmie katolickich polityków znanych ze swoich proaborcyjnych postaw, aby nie przystępowali do Komunii św. Nie była to formalna ekskomunika, ale jednak jakaś forma publicznej sankcji. Z kolei meksykańscy biskupi zagrozili ekskomuniką politykom, którzy głosowali za legalizacją aborcji w mieście Meksyk. Kiedy Benedykta XVI pytano w drodze do Brazylii w maju 2007 o to, czy popiera takie działania, odpowiedział: „Biskupi nie uczynili niczego nowego, arbitralnego czy zaskakującego, oni po prostu ogłosili publicznie to, co przewiduje prawo Kościoła”.

Sumienie w przedpokoju urzędu
Formalne rozstrzygnięcie, czy minister zdrowia podpadła pod ekskomunikę, czy nie, nie jest w tej chwili najważniejsze. Czymś ważniejszym jest odpowiedź na pytanie bardziej zasadnicze: jak powinien zachować się katolicki polityk pełniący publiczny urząd w sytuacji konfliktu między prawem państwowym a prawem moralnym. Postąpić zgodnie z prawem państwowym, a wbrew prawu moralnemu? Czy nie zgodzić się na współpracę w złu, nawet za cenę rezygnacji z urzędu? A może powinien uchylić się od decyzji, powołując się na klauzulę sumienia? Pani minister znalazła się w bardzo trudnej sytuacji. Jednak podjęła decyzję, którą później sama tłumaczyła w radiu TOK FM. Przyznała, że jest praktykującą katoliczką, ale uważa, że „przekonania, z którymi żyjemy, musimy zostawić w przedpokoju urzędu, który obejmujemy”. „Aborcja, która odbywa się zgodnie z prawem, nie jest niczym złym. Złe jest to, co dzieje się w podziemiu aborcyjnym” – stwierdziła minister. „Nie mam powodu, żeby mieć poczucie winy. Mam dyskomfort, wynikający z moich przekonań. Ale jako urzędnik spełniłam swoją rolę” – dodała.
Te wyznania domagają się krytycznego komentarza.

Nie chodzi tu o rzucanie kamieniami, ale o przypomnienie prawd, które publicznie, czynem i słowem, zanegowała pani minister. Jej postawa może wprowadzić zamęt w sumieniach tych, którzy stają przed podobnymi wyborami. Jan Paweł II w encyklice Evangelium vitae, rozważając problem relacji między prawem cywilnym a prawem moralnym, nadał tej części wymowny tytuł: „Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi” (Dz 5, 29). Stwierdza on w sposób bardzo zdecydowany: „Przerywanie ciąży i eutanazja są zbrodniami, których żadna ludzka ustawa nie może uznać za dopuszczalne. Ustawy, które to czynią, nie tylko nie są w żaden sposób wiążące dla sumienia, ale stawiają wręcz człowieka wobec poważnej i konkretnej powinności przeciwstawienia się im poprzez sprzeciw sumienia (podkr. JP II). (…) W przypadku prawa wewnętrznie niesprawiedliwego, jakim jest prawo dopuszczające przerywanie ciąży i eutanazję, nie wolno się nigdy do niego stosować ani uczestniczyć w kształtowaniu opinii publicznej przychylnej takiemu prawu, ani też okazywać mu poparcia w głosowaniu”. Prawo obowiązujące w Polsce w porównaniu z liberalnym prawodawstwem na Zachodzie chroni znacznie lepiej najbardziej bezbronnych. Tym niemniej każda „legalna” aborcja jest zawsze czymś złym. Katolik nie ma dwóch sumień: jednego w urzędzie i drugiego w życiu prywatnym. W przypadku konfliktu między niesprawiedliwym prawem cywilnym a Dekalogiem, wybór jest jeden: wierność ważniejszemu Prawodawcy. To bywa strasznie trudne, ale tylko wtedy chrześcijanie mogą być solą świata, nieraz także solą w oku. Nie przypadkiem patronem polityków i rządzących jest św. Tomasz Morus, kanclerz Anglii w XVI w. Kiedy król ogłosił się głową Kościoła w Anglii, Morus odmówił uznania tego aktu. Za wierność Bogu, Kościołowi i sumieniu zapłacił cenę bardzo wysoką. Stracił nie tylko urząd, ale i głowę. Zachował twarz.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama