Nowy numer 48/2020 Archiwum

Polskie ogórki 2007

Były wicepremier śmieszy, tumani i przestrasza, wołając, że już wychodzi – i tak przez dwa akty, zupełnie jak w operze, gdzie gonią, stojąc, a umierają śpiewająco

Sezon ogórkowy trwa, a tu żadnych paskud, dziwnych kółek pośród pól wyzłacanych pszenicą i posrebrzanych żytem, ani cieląt z głowami dwiema, ani nawet barszcz Sosnowskiego nie parzy. Co za rok! Nic się nie dzieje: zupełnie jak w pewnym amerykańskim miasteczku, którego władze w desperacji postanowiły przy drodze umieścić billboard „Tutaj nie ma nic do oglądania”. Oczywiście turyści zaczęli walić drzwiami i oknami, bo to wyjątkowa rzadkość, żeby nic nie było do oglądania – gdy się już wszystko widziało, to naprawdę intrygujące jest nic.

Pojawianie się na pierwszych stronach gazet podczas kanikuły wygląda dwuznacznie. Sami bohaterowie owych pierwszostronicowych doniesień też chyba to rozumieją i wczuwają się w sytuację wodewilowo-operetkową. Np. były wicepremier śmieszy, tumani i przestrasza, wołając, że już wychodzi – i tak przez dwa akty, zupełnie jak w operze, gdzie gonią, stojąc, a umierają śpiewająco. Drugim bohaterem mediów głównego nurtu (albo z amerykańska: ,,main- streamowych”) jest o. Tadeusz Rydzyk.

Tu też dochodzi do scen paradoksalnych, a więc budzących mimowolną radość, bo śmiech jest pierwszą obroną przed paradoksem. Przed chwilą oglądałem program w TVN-ie poświęcony sławetnym taśmom – głównym obrońcą twórcy Radia Maryja okazał się agnostyczny filozof, prof. Bogusław Wolniewicz. Innym paradoksem jest też to, że o programie radia z Torunia najwięcej można się dowiedzieć z relacji tych, którym słuchanie owej stacji sprawia najwyraźniej przykrość. Słuchają, nagrywają, analizują i rozpowszechniają denerwujące ich treści ci sami, którzy wszelkie protesty przeciw nazbyt brutalnym czy nazbyt erotycznym emisjom telewizyjnym kwitują stwierdzeniem: ,,przecież można nie oglądać!”.

Rzecz jasna, paradoks paradoksem, ale jeśli rzeczywiście katolik, z zwłaszcza katolicki kapłan, posługuje się antysemickimi aluzjami, to jest to zachowanie raczej ryzykowne w kontekście Bożych wyborów. Być może argument o pochodzeniu Matki Bożej i apostołów nie trafia, bo, jak powiedział pewien rosyjski pop, wtedy były takie czasy, że wszyscy byli Żydami, ale nowsza historia też dostarcza powodów do refleksji. Czy prawdziwy Polak mógłby zapałać cieplejszym uczuciem do niewierzącej niemieckiej Żydówki, której dziadek, oburzony wynikiem plebiscytu na Śląsku, emigrował z polskiego Lublińca do Niemiec? A jednak Papież Polak zechciał taką właśnie osobę, Edytę Stein, wynieść na ołtarze, bo Pan Bóg właśnie ją wybrał na swoją świętą. I to jest sensacja, choć próżno jej szukać na pierwszej stronie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama