Nowy numer 43/2020 Archiwum

Etatowy stażysta przelotny

Jakie powinno być minimum troski o realia szkolnej nauki religii, by młody katecheta z czasem mógł się stać ojcem dla młodzieży pogubionej, często poranionej przez życie?

Kończy się rok szkolny, tym samym i katechetyczny. Do szkolnej emerytury niewiele już mi zostało. Pamiętam, jak przed laty dowiedziałem się w czasie wakacji, że od września będziemy religii uczyć w szkole. Byłem wściekły. Może dlatego, że wyrosłem jako nauczycielskie dziecko i kiedyś, zastanawiając się nad wyborem zawodu, myślałem: Wszystko, tylko nie szkoła! A jednak szkoła. Teraz mi w niej dobrze.

W wiejskiej szkółce z dobrą średnią, która jeszcze istnieje. Jestem w niej niewątpliwym seniorem. To chyba zabawne, jak prawie emerytowany doktor teologii siedzi wśród przedszkolaków i rozstrzyga ważkie problemy typu: Czy anioł ma czerwone skrzydła? Dziś też pomagałem malcom podejmować kolorystyczno-teologiczne decyzje, a w tle myślałem o rozmowie z młodym księdzem uczącym w jednym z okolicznych liceów.

Najmłodszy w gronie pedagogicznym. Kilku jego poprzedników (każdy po dwa lata) też było najmłodszymi. Pomyślałem sobie: To się ciesz, bo zacznie ci kiedyś strzykać w kościach! Nie powiedziałem tego głośno. I dobrze. Bo ów dużo młodszy kolega jest w bardzo niezręcznej sytuacji etatowego stażysty przelotnego. Nie jest to wygodne dla niego, a i do zadań, jakimi go obarczono, zupełnie nie przystaje. Jego problemy rzutują na obraz Kościoła i wpisują się w szerszy kontekst, z który mogłem się zaznajomić w czasie dni skupienia, które prowadziłem dla księży. Wiem, że niejeden wikary po pierwszych doświadczeniach szkolnej pracy zniechęca się, a nawet przypłaca chorobą wysiłek, który jest ponad jego siły.

Cóż, ja znowu we wtorek pójdę sobie do pierwszaków (może to jakoś przetrzymam), potem do zerówki. Będzie miło. Bo i o to chodzi – nie nauczę tych najmłodszych teologii, ale zapamiętają sobie, że księdza można zapytać o wszystko, że można się do niego przytulić, że można sprawdzać jego cierpliwość, że czasem pokrzyczy i do kąta postawi – ale nigdy nie zlekceważy, nie wyśmieje. I nauczą się odnajdywać na obrazku, kto jest Najważniejszy. Takie jest moje minimum programowe. Moje – dziadka wśród dzieci. Jakie powinno być minimum troski o realia szkolnej nauki religii, by młody katecheta z czasem mógł się stać ojcem dla młodzieży pogubionej, często poranionej przez życie? On, który sam ojca potrzebuje, a jako stażysta – doświadczonego mistrza w tym niełatwym fachu.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama