Nowy numer 49/2020 Archiwum

Arytmetyka, geometria i równość

Ludzie są wrażliwi na nierówność, już przedszkolaki pilnują równego podziału słodyczy, czułości, „obowiązków”. Wrażliwość ta bierze się chyba stąd, że nie da się uniknąć nierówności

O równości znów głośniej niż zazwyczaj. Wciąż jakieś grupy domagają się równości: równych praw, szans, statusu... Ludzie są wrażliwi na nierówność, już przedszkolaki pilnują równego podziału słodyczy, czułości, „obowiązków”. Wrażliwość ta bierze się chyba stąd, że nie da się uniknąć nierówności. Począwszy od wzrostu, urody, zdrowia i inteligencji przez sytuację materialną i pozycję społeczną aż do krajobrazu i klimatu miejsca zamieszkania różnice są i zawsze będą, choćbyśmy nie wiem jak majstrowali przy ich niwelowaniu. Zamiast się z tego powodu złościć i stresować, wartałoby popatrzeć na sytuację realistycznie i pomyśleć racjonalnie. Błąd tkwi chyba w tym, że równość społeczna kojarzy się nam z równością arytmetyczną, o której uczą w szkole: lewa równa się prawej – tak pojmują równość ci, którzy mówią o jednakowych żołądkach, domagają się równej liczby mężczyzn i kobiet na studiach czy w parlamencie, odwołują się do zasady oko za oko...

A tymczasem już Arystoteles dostrzegł, że pod niektórymi względami ludzie są równi, zaś pod innymi nierówni. Nie wolno tracić z oczu żadnego z tych aspektów. Pytanie przeto brzmi, który z nich przyjąć jako punkt wyjściowy. Mądrzejszej niż Arystoteles odpowiedzi nikt dotąd nie udzielił. Stwierdził po prostu, że to, co równe, należy traktować równo, a co nierówne, nierówno. Wniosek stąd taki, że równość między ludźmi nie może być arytmetyczna, lecz tylko geometryczna, czyli proporcjonalna: wyrównania trzeba dokonywać odpowiednio, według zasady proporcjonalności (przypomina mi się staropolskie „znaj proporcje, Mociumpanie!”). Nierówność pod jednym względem nie przeszkadza równości pod innym. Co więcej, właśnie dla zachowania i efektywności równości trzeba uwzględniać faktyczne nierówności, a nie zmierzać do równości numerycznej.

Wyraziście widać to przy podatkach: równość nie oznacza płacenia przez wszystkich takiej samej kwoty, lecz kwoty proporcjonalnej do dochodu. Równość mężczyzn i kobiet nie musi pociągać za sobą posadzenia ich fifty-fifty na traktorze ani zatrudnienia pielęgniarek po połowie mężczyzn i kobiet. Jeśli się komuś czy którejś podoba, to niech będzie, ale nie wtłaczajmy stosunków ludzkich w szablony arytmetyczne. Dlatego odnoszę się z dystansem do utyskiwań, że wśród sprawujących jakieś funkcje za mało czy to kobiet, czy to mężczyzn.

Można oczywiście zastanowić się, czy na przykład sfeminizowanie jakiegoś zawodu jest korzystne, ale wtedy chodzi o efektywność zawodu, a nie o równość. Nie widzę też sensu w paradach równości. Odnoszę wrażenie, że ich uczestnicy utkwili na poziomie myślenia arytmetycznego, a nie opanowali geometrii. Zamiast by ludzie pozostając sobą byli równi, otrzymujemy maskaradę przez wtłaczanie wszystkich w jednakowe foremki. Cóż, geometria jest trudniejsza niż arytmetyka.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama