GN 47/2020 Archiwum

Ja nie!

Im głośniej polityk deklaruje o narodzie i „o ogóle obywateli”, tym jaskrawiej widać, że chodzi mu o własne chętki i zapędy

Raz po raz słyszę stwierdzenia w rodzaju „wszyscy się interesują...”, „cały naród oczekuje...”, „każdy obywatel chce wiedzieć...”. Obwieszczają to nam głównie politycy, niektórzy ze szczególnym upodobaniem występują jako znawcy oczekiwań i zainteresowań narodu oraz jako przedstawiciele tegoż narodu, poświęcający się dla spełnienia jego życzeń.

Nie wiadomo, skąd znają owe oczekiwania i życzenia, a właściwie to wiadomo, że one wcale ich nie obchodzą, to tylko tak mówią dla stworzenia pozorów i kamuflowania własnych politycznych zamysłów. Im głośniej polityk deklaruje o narodzie i „o ogóle obywateli”, tym jaskrawiej widać, że chodzi mu o własne chętki i zapędy. Jako żywo przypominają mi się plakaty i transparenty z czasów realnego socjalizmu, o całym narodzie odbudowującym swoją stolicę czy o powszechnym obywatelskim potępieniu zbrojeń amerykańskich. Była to propaganda partyjna – jak to propaganda, a więc obliczona na efektywność psychologiczną, bez względu na prawdę, mającą chwytać za serce, a nie odwoływać się do rozumu. Miała ona zresztą uzasadnienie w samej doktrynie socjalizmu: partia jest reprezentantem całego społeczeństwa, jego przewodnią i wiodącą siłą, biuro polityczne całkiem na serio uważało się za mózg narodu, zaś pierwszy sekretarz za niekwestionowanego przywódcę. Taki sposób myślenia odziedziczyły, jak widać, partie, które przypisanie im powinowactwa z doktryną państwa komunistycznego uznałyby za obrazę.

Wypada przeto stwierdzić, że jako obywatel demokratycznego państwa pozostaję wprawdzie w różnych stosunkach służbowych, natomiast nie uznaję żadnych wodzów ani przywódców. Wbrew demagogom wypowiadającym się w imieniu całego narodu przyznaję, że nie zdarza się, bym mieścił się w owych generalnych stwierdzeniach i nikt nie jest upoważniony do wypowiadania się w moim imieniu. Ilekroć słyszę tę mowę o niby wszystkich i rzekomo całym narodzie, mam ochotę zaprotestować: „ja nie!”. I to także wtedy, gdy pada zdanie „każdy człowiek o zdrowych zmysłach...”. Zaś tych, których ulubionym zwrotem jest zdanie „nie ulega najmniejszej wątpliwości”, informuję, że akurat ilekroć ich słyszę, rodzą mi się duże wątpliwości.

Przeważnie bywa niestety tak, że ośmielający się wyrazić wątpliwości co do rzekomego zdania wszystkich, stawia się na straconej pozycji. Skoro bowiem obwieszczono jako pewnik, że wszyscy „prawdziwi” (patrioci, katolicy, demokraci, społecznie wrażliwi...) i na umyśle zdrowi są co do czegoś tam zgodni i jednomyślni, to – wedle tej logiki – niepodzielający tej opinii muszą być albo chorzy, albo zaprzańcy, albo też motywowani niecnymi intencjami. Bezsilność wobec takich insynuacji będzie trwała tak długo, jak długo nie spowodujemy u polityków (i nie tylko) przekonania, że społeczeństwo to nie bezkrytyczna masa, lecz ludzie, co mają swój rozum i własne zdanie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama