Nowy numer 5/2023 Archiwum

To takie proste

Ruszyli w Polskę, by modlić się za miasta. Bez kasy, zarezerwowanych noclegów, licząc na Bożą opatrzność. I nie przeliczyli się! Pan Bóg spełniał nawet ich życzenia specjalne. To był początek wspólnoty młodych, która modli się za Kościół. Tylko tyle? Aż tyle!

Przyglądam się im od jakiegoś czasu i jestem zdumiony ich pasją, radykalizmem i dojrzałością. Wspólnota Za Kościół to grupa młodych, których jedyną intencją jest modlitwa za wspólnotę Kościoła. Spotykają się w naszej redakcji (uwaga, lokowanie produktu!). Fascynujący jest moment narodzin wspólnoty.

Szaleństwo!

Jedenaścioro młodych ruszyło na tydzień w Polskę, by modlić się za poszczególne miasta. Nie wzięli z sobą pieniędzy, nie zamówili noclegów, licząc na Bożą opatrzność. I nie przeliczyli się! Ludzie byli poruszeni grupką młodych, która na środku Torunia, Płocka, Sierpca, Brodnicy, Iławy, Nidzicy, Olsztyna, Szczytna czy Białegostoku odmawia wspólnie brewiarz. Towarzyszył im wielki obraz Jezusa Miłosiernego namalowany przez Joannę Kucharczak (żonę naszego redakcyjnego kolegi Franka!).

Filip Slezarczyk: – Znaliśmy się z Teatru Franciszka, a część z formacji oazowej. Ruszyliśmy w poniedziałek. Dzień wcześniej mieliśmy pierwsze zebranie organizacyjne, na którym zastanawialiśmy się, czy jedziemy, a jeśli tak, to po co. Nie mieliśmy załatwionych noclegów, jedzenia. Do dwóch samochodów zapakowaliśmy namioty i kuchenki polowe.

Toruń. Od razu ruszyliśmy na rynek. Z wielką świecą i obrazem Miłosiernego. Nie chcieliśmy śpiewać, by nie przypominało to koncertu. Nie chcieliśmy porwać ludzi „worshipem”. Wybieraliśmy tradycyjne modlitwy Kościoła, na przykład brewiarz, koronkę czy Różaniec, tak by ludzie mogli się włączyć. I włączali się! Czasami dochodziła do nas szyderka, ale o wiele częściej ludzie byli zafascynowani ekipą, która modli się na środku miasta. Wiedzieliśmy, że nie robimy tego dla nich, i zdarzało się, że nikt nie podchodził. Chodziło nam o błogosławienie miasta, a nie zrobienie show dla ciekawskich. Przejechaliśmy 1600 km i modliliśmy się w 20 miastach.

Płock. Siedzimy na pustym rynku i odmawiamy brewiarz, gdy nagle dosiada się do nas pani z dzieckiem i psem. Zaczyna płakać i mówi, że dawno czegoś podobnego nie przeżyła.

Co modlitwy robią z ludźmi?

Paweł Warsiński: – Pan Bóg udzielił nam bardzo nietypowego daru – pozwolił dostrzec owoce znacznej większości z improwizowanych przez nas modlitw. Abstrahując od całej stojącej za nimi transcendencji, w którą każdy chrześcijanin próbuje wierzyć, my po prostu widzieliśmy, co te nasze proste modlitwy robią z ludźmi. Poprzez ukazywanie nam ludzkich zachwytów czy wzruszeń Bóg sprawił, że już nie tyle wierzyliśmy, ile wiedzieliśmy, że to, co robimy, ma sens. Czy musieliśmy się przełamać? Jasne! Szczerze mówiąc, przez pierwsze dni kompletnie tego z Filipem nie czuliśmy. Dla mnie to miał być szalony wyjazd ze znajomymi, a publiczne modlitwy na rynkach miast miały być jedynie nieprzyjemnym dodatkiem do przeżycia.

Filip: – Ludzie przyjmowali nas z ogromną gościnnością. Do dziś jestem tym zdumiony. Wieczorami ruszaliśmy do mniejszych mieścinek, by pójść na Mszę. Pytaliśmy w zakrystii, czy możemy czytać i śpiewać. Zazwyczaj spotykaliśmy się z otwartością. Po Mszy wywiązywała się gadka szmatka: „Kim jesteście? Macie gdzie spać?”. Namioty rozbiliśmy jedynie raz, a przez cały tydzień nasza ekipa była przyjmowana przez ludzi. Jest zasada, by rozbijać namioty godzinę przed zachodem słońca, ale zmodyfikowaliśmy ją i rozbiliśmy je po zachodzie. Nie ułatwiło nam to zadania…

Paweł: – Namioty rozbiliśmy jedynie po to, by przekonać się, jakie to jest niewygodne, nieprzyjemne i ile czasu zajmuje. Strasznie lało i nosiliśmy je później zmoknięte. Schły nam przez cały wyjazd.

Umieraliśmy z przejedzenia

Filip: – Miałem namacalne doświadczenie opieki Pana Boga. A przeżywałem wówczas kryzys wiary. Nie wycofałem się z aktywności, ale łapałem się na tym, że nie wierzę w to, co mówię. Czas zmagania, udawania… Byliśmy nastawieni na survival, ale, jak pokazało życie, polegał on na tym, że… umieraliśmy z przejedzenia. Kolacje i śniadania były ucztami, pakowano nam kanapki na drogę. Na początku uznaliśmy, że kawa nie jest niezbędnym elementem dnia, ale już drugiego dnia powstał bunt prowadzony troszkę przeze mnie. Miałem ogromną ochotę na kawę. Siedzieliśmy w Iławie. Lało. Pusty rynek. Zawiało tak, że Jezus wyskoczył nam spod parasola i runął do kałuży. Tego dnia była Ewangelia o Kanie, więc pomyślałem sobie: „Maryja rzuciła konkretnie: »Nie mają już wina«”, i idąc tym tropem, westchnąłem (przyznam, że trochę dla beki): „Jezu, nie było dzisiaj kawy!”. Po chwili z bloku wyszła kobieta i spytała, ile nam zrobić kaw. Zamurowało mnie, bo nie liczyłem na odpowiedź. Ona widziała nas przez zamknięte okno (nie słyszała ani słowa!). Pracowała w gabinecie USG i żałowała, że nie może dołączyć do naszej modlitwy. Pomyślała, że przynajmniej zaproponuje nam kawę. Pamiętam zdumiony wzrok pacjentów. „Pani doktor, to nasi!” – powiedziała. (śmiech)

Tego dnia mieliśmy jechać do Nidzicy, do ks. Andrzeja Midury, ale okazało się, że był w rozjazdach i poprosił, byśmy przyjechali nazajutrz. Paweł ustalił, że koleżanka babci siostry kogoś ma tam działkę i możemy przenocować. Lało, było zimno. Umówiliśmy się pod kościołem w Nidzicy ze znajomą Pawła. Jeden z samochodów się zgubił i dojechał po półgodzinie. Po całym dniu jeżdżenia mieliśmy w chłodzie rozbijać mokre namioty. Brr! Kościół jest na uboczu, totalnie nigdzie, nie było wokół żywego ducha. I choć wiedziałem, że ks. Midura do północy będzie w rozjazdach, zdesperowany rzuciłem: „Panie Jezu, niech ksiądz tu przyjedzie!”. Ruszyliśmy, a między nasze samochody wbiło się jakieś auto. „Widzę was! Co tu robicie? Mieliście być jutro!”. Ksiądz Andrzej ugościł nas, dał kolację, wysuszyliśmy namioty. Modlił się z nami, a rano rzucił: „Jedziecie przez Gietrzwałd? To w Domu Pielgrzyma podajcie moje nazwisko”. Okazało się, że wykupił dla całej naszej jedenastki noclegi ze śniadaniem.

Kosmos!

W Białymstoku kobieta dała nam 25 dolarów, facet oświadczył się za pomocą mandarynki jednej z dziewczyn i mieliśmy sesję zdjęciową. Jakiś mężczyzna zapytał, czy myśleliśmy o nagraniu kasety. Kosmos. Kto nas przenocuje w Szczytnie? Zaczęliśmy się modlić. To były bardzo gorliwe nieszpory. Stanęliśmy w kolejce do przykościelnej toalety z minami męczenników, którzy nie mają gdzie przenocować… Potrafiliśmy wzbudzać żal. Żal doskonały. (śmiech) Nagle wyszedł ksiądz: „Czego wam potrzeba?”. Dziewczyny zaczęły się usprawiedliwiać, że chcemy tylko skorzystać z toalety. „Ćśś! Czego wam potrzeba?” „Noclegu” – powiedziałem, a dziewczyny zaczęły przekonywać, że wystarczy nam kawałek ziemi na rozbicie namiotów. „Ćśś! Jakiego noclegu wam trzeba?” „W salce parafialnej”. Ksiądz rzucił: „Tu jest kuchnia, tu łazienka, tu lodówka, talerze, kubki. Czujcie się jak u siebie w domu”. To był ks. Andrzej Preuss. Nie tylko hojnie nas ugościł, ale i modlił się z nami. Siedział do późna, każdego pytał, co robi i co studiuje, zapamiętywał imiona. Był to już piąty dzień wyjazdu i byliśmy wymęczeni, więc puściły bariery i zaczęliśmy być bezczelni. A jemu… to się podobało. Był zmęczony tym, że ludzie płaszczą się przed księżmi. Czuliśmy, że jest naszym bratem. To były bardzo głębokie rozmowy. W pewnym momencie rzucił: „Nie wiem, czy dobrze odczytuję znaki czasu, proszę, potwierdźcie to (proboszcz prosi nas o potwierdzenie!), ale mam wrażenie, że nadszedł czas ewangelizacji w kościołach, bo pełne są ludzi niewierzących”. Bardzo mnie to dotknęło.

Puzzle

Ten wyjazd był początkiem wspólnoty. Pan Bóg pokazał nam, że chce, byśmy modlili się za Kościół. Wracając z eskapady, Ewa Kopiec napisała do ks. Szymona Karnówki, że ma 11-osobową ekipę, która chce modlić się za Kościół, a on odpisał, że właśnie prosił Boga, żeby przysłał mu choć jedną taką osobę. Puzzle zaczęły do siebie pasować.

Paweł: – We wrześniu zeszłego roku dostaliśmy wiadomość od Ewy. Na modlitwie usłyszała, że Bóg chce, byśmy pościli. „Zobaczycie cuda na własne oczy” – obiecała. No i słusznie, bo w akompaniamencie naszego niezwykle heroicznego poszczenia (ja na przykład raz w tygodniu odmawiałem sobie gry na komputerze, a Filip ograniczał dietę do trzech posiłków oraz deseru. Nic dziwnego, że w obliczu takiego ogromu poświęcenia reakcja Ducha Świętego była natychmiastowa) zorganizowano „Impuls”, który w zależności od przekładu można nazwać forum świeckich bądź najbardziej przełomowym wydarzeniem w mojej relacji z Kościołem.

Filip: – Misja? To takie proste: formujemy się, czytając katechizm. W parafiach opowiadamy o odpowiedzialności za Kościół. Na „Impulsie” długo rozmawialiśmy z abp. Adrianem Galbasem. Zasypaliśmy go pytaniami, a on na wszystkie odpowiadał. Gdy ks. Szymon został przeniesiony do innej parafii, opiekunem wspólnoty został ks. Łukasz Wieczorek, któremu po jakimś czasie powierzono funkcję duszpasterza młodzieży archidiecezji. Już na starcie dostał konkretną ekipę, która chce się zaangażować. (śmiech)

Paweł: – Dlaczego modlimy się za Kościół w czasach, gdy wielu naszych rówieśników omija go szerokim łukiem? Którąkolwiek z synoptycznych odsłon Dobrej Nowiny byśmy chwycili, ewangeliści zgodnie przypisują Jezusowi autorstwo teorii, że „nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają”. Stąd też nie jestem w stanie udzielić celniejszej odpowiedzi niż ta, która padła w pytaniu. Modlimy się za Kościół, nie pomimo, ale ponieważ wielu omija go szerokim łukiem. Modlimy się tak, jak umiemy, i tym, co oferuje nam Kościół. Eucharystia, Różaniec, liturgia godzin, pielgrzymka do parafii Bożego Narodzenia w Adwencie czy rozważanie pieśni pasyjnych w Wielkim Poście. Wspólnie uwielbiamy, pościmy, rozważamy KKK, dyskutujemy o Dziejach Apostolskich, modlimy się grą w kręgle czy, jak dziś, oglądaniem meczu. Staramy się pokazywać, że wszystko może być modlitwą za Kościół, i próżno szukać kogoś, kto się do niej nie nadaje. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się