Nowy numer 4/2023 Archiwum

U wdowy chleb gotowy

– Po co mi taki Bóg, który zabrał mi tatę – łzy jak groch spływały po dziecięcych policzkach. Do Pierwszej Komunii wszystko było przygotowane, tylko taty już nie było, odszedł na wieczną szychtę.

Jak wytłumaczyć synowi, który za niespełna miesiąc ma przyjąć do swojego serca Jezusa, że jest dzieckiem Bożym, że Jezus go kocha. Mąż Marty Swiech był ratownikiem górniczym. Brał udział w akcji. Ratował czyjeś życie. Dlaczego więc stracił własne? Marta najpierw musiała odpowiedzieć sobie na pytania o śmierć męża, żeby tę dramatyczną sytuację wytłumaczyć synowi. Dowiedziała się, że zawalił się strop, była tam pustka, którą ktoś kiedyś miał wypełnić, ale nie wypełnił. Zaniedbanie? Błąd ludzki? Jakie to ma dzisiaj znaczenie… Wtedy miało ogromne, bo Marta została sama z trojgiem dzieci. – Syn, córka, syn – wylicza. Dziś już dorośli ludzie, ale wtedy trzeba było walczyć z bólem i cierpieniem swoim oraz tych, którzy krzyczeli: „Dlaczego Pan Bóg zabrał nam tatę?”.

Słowa jak ciernie

– A wie pani, że nie to było najgorsze? Najgorsze były uwagi ludzi – obcych, ale też bliskich. Na przykład kiedy wraca pani ze sklepu z zakupami dla czteroosobowej rodziny i słyszy, że pewnie już pieniądze po śmierci męża przyszły. A przecież ja musiałam robić zakupy, normalnie, jak w każdej rodzinie – Marta ciągle przeżywa sytuacje, które zdarzyły się dawno, ale bolą do dziś. – Kiedy zmieniłam samochód z większego na mniejszy, bo taki duży nie był mi potrzebny, chciałam, żeby był bardziej ekonomiczny, taki, w którym czułabym się bezpiecznie, spotkałam się z hejtem, który wtedy na szczęście jeszcze nie rozlewał się w internecie. Były to słowa, które jak ciernie wbijały się głęboko w serce – wyznaje. Te słowa raniły Martę, ale postanowiła, że jej nie złamią i po prostu zajęła się dziećmi, domem. Z czasem uodporniła się na nieżyczliwe uwagi i na ludzkie spojrzenia. – Nic już nie jest w stanie rzucić mnie na kolana, żaden hejt mnie nie dosięga. Jestem mocną kobietą – Marta jest przekonana, że nie złamią jej nawet usłyszane kiedyś słowa: „Biedne wdowy górnicze, przecież każda z nich ma sponsora!”. – Nawet gdybyśmy próbowały sobie z kimś układać życie po śmierci męża, to mamy do tego prawo. Większość z nas jednak nie próbuje, kochałyśmy swoich mężów i nie potrafimy odnaleźć się w nowych relacjach. A takie oskarżenia nas bolą. Powiedzenie, że u wdowy chleb gotowy, jest brutalne i złe. Ale co tam, nie dam się – Marta zaciska dłonie i wspomina inne sytuacje, które przypominały jej o dramacie, z jakim się zmierzyła, i o tym, jak wypadek na kopalni zmienił życie jej dzieci. Najstarszy syn przejął rolę głowy rodziny, rolę ojca. Pamięta, jak kiedyś wracała z nim z jakiegoś spotkania i nagle on powiedział, że powinna zadzwonić do dzieci, które zostały pod opieką sąsiadki. – On już nie miał dzieciństwa, stał się dorosłym człowiekiem, mentalnie dorosłym, bo przecież był jeszcze ciągle nastolatkiem – mówi.

Barbórkowe żniwa

Okres przed Barbórką to trudny czas. Wtedy zazwyczaj rośnie liczba wypadków na kopalniach, kobiety tracą mężów, dzieci ojców. Barbara Jureczko przeżywa każdą akcję ratowniczą w kopalni nagłaśnianą przez media. – Mimo że już od 35 lat jestem wdową, nadal nasłuchuję, boję się, że prowadzona akcja zakończy się dramatycznie, że kolejne żony górników zostaną same – mówi. Jej mąż zginął w pojedynczym wypadku, był na nocnej zmianie. O tym, że coś złego się zdarzyło w kopalni, dowiedziała się od teściowej, kiedy po zmianie mąż Barbary nie przyjechał autobusem do domu. W szpitalu usłyszała, że miał rozległe obrażenia jamy brzusznej, wykrwawił się. Wróciła do domu. Wkrótce zjawiła się delegacja z kopalni, aby przekazać tragiczną wiadomość. To moment najtrudniejszy dla każdej kobiety, która straciła męża w wypadku.

Barbara została z trzyipółletnim synem. Jakoś sobie radziła, pomagali sąsiedzi, rodzina. Jednak nie jest łatwo otrząsnąć się z takiego dramatu. Zostawia ślad w psychice, w całym organizmie. Siedem lat po śmierci męża zaatakowała ją autoimmunologiczna choroba. Na szczęście udało się, wyzdrowiała. Cieszyła się, że modlitwy zostały wysłuchane, ale przed pięcioma laty znów jej coś zaczęło dolegać. Diagnoza: nowotwór. – Akurat syn miał się żenić, a tu takie straszne wieści. Zaczęła się walka o życie, którą po chemii, po radioterapii udało się wygrać. Dlatego pięć lat później pojechałam do ­Lourdes, by podziękować Maryi – opowiada.

Barbara i siedemnaście innych wdów po mężach górnikach wzięły udział w IV Archidiecezjalnej Pielgrzymce Chorych ich Rodzin do Lourdes. Zabrały swoje intencje, smutki i radości, podziękowania i prośby. Pielgrzymują tak od lat. Zaczęło się od pielgrzymki do Ziemi Świętej zorganizowanej przez katowicką Caritas. Górnicze wdowy mogą w ten sposób otrząsnąć się po tragedii, którą przeżyły, na nowo budować wiarę.

Rzucić wszystko i odejść

Agatą Kowalczyk od dłuższego czasu targały skrajne emocje. Chciała odejść ze Stowarzyszenia Wdów Górniczych i Sierot, które od wielu lat prowadzi. Założyła je, by nieść wdowom pomoc, pocieszenie, organizować spotkania, wyjazdy, ale przyszedł moment, że już nie mogła znieść hejtu. Często atakowano ją za to, że pomaga tylko wdowom górniczym, a przecież są ofiary wypadków drogowych, są inne nieszczęśliwe osoby, którym też należy się wsparcie, a o których nikt nie pamięta. Agata nie miała już siły znosić tej coraz bardziej napastliwej krytyki. Postanowiła dać sobie jeszcze jedną szansę; na ostatnią pielgrzymkę do ­Lourdes wybrała się z myślą, by zastanowić się i na modlitwie rozeznać – zostać czy odejść ze stowarzyszenia. – Ile mi to miejsce dało! Nigdy się tak dobrze nie czułam. Tyle czasu dla siebie, ta powtarzalność każdego dnia, Droga Krzyżowa, procesje, wyciszenie, modlitwa. O każdej porze dnia i nocy człowiek mógł wyjść do groty, wyciszyć się, skupić, pomyśleć – wspomina Agata i dodaje, że z Lourdes wróciła odmieniona. Postanowiła się nie poddawać, jest przecież tym kobietom potrzebna. Nadal zamierza pomagać wdowom i na nich się koncentrować. To jej misja, a kobiety, które straciły mężów górników, są jej wdzięczne. – Jeszcze nie było Stowarzyszenia, a już wiedziałyśmy, że Agata będzie dobrą szefową, że będzie to dobrze prowadzić – mówi Marzena Józwik, która przed 22 laty straciła męża w wypadku na kopalni. Winni tragicznego w skutkach zdarzenia, w którym zginął jej mąż, wciąż nie zostali ukarani. – Od 22 lat sądzę się i od tylu lat nie udało się uzyskać nic ponad to, że jedna osoba z dozoru przez rok nie mogła pracować na swoim stanowisku. Roczne zawieszenie za zaniedbania, w których zginął mój mąż, to nieadekwatna kara – mówi Marzena ze łzami w oczach, bo po śmierci męża musiała stawić czoła różnym plotkom i nieżyczliwym opiniom. Bardzo bolesny był brak jakiegokolwiek wsparcia. Jej mąż zginął w pojedynczym wypadku. – Rodziny takich ofiar są inaczej traktowane niż zmarłych w wyniku wypadku zbiorowego. Właściwie są pozostawione samym sobie. Wdowy, dzieci, których ojcowie zginęli w nagłaśnianych przez media zbiorowych wypadkach, mogą liczyć nawet na wsparcie rządowe. My, zwykłe wdowy ze zwykłych wypadków, takiego wsparcia nie otrzymujemy. Moje dzieci nawet paczek świątecznych nie dostawały, bo zakład męża został zlikwidowany, a nowy, który przejął obowiązki wobec pracowników, nie pomyślał o moich maluchach, które jakoś musiałam utrzymać i które pewnie bardzo cieszyłyby się z takich paczek. Przecież było mi tak ciężko – Marzena bezradnie rozkłada ręce i ze smutkiem oczekuje sprawiedliwego osądzenia winnych.

Kolejne 42 dzieci

– Ile ja się wypłakałam w poduszkę, kiedy przychodziły do mnie wiadomości, w których zawarte były oskarżenia wdowy o zachłanność, o wyciąganie rąk po pieniądze – Agata nie chce wracać do tych wspomnień. Od złych rzeczy trzeba się odwracać. Jej mąż też zginął w wypadku pojedynczym, ona również nie miała wielkiego wsparcia, również walczyła sama o przeżycie. Ale rozumie, że kiedyś nie było takich możliwości, jakie są dzisiaj. Do wdów nie docierały informacje, nikt im nie podpowiadał, gdzie szukać funduszy, do kogo się zwrócić po pomoc. Dziś wszystko jest łatwiejsze, choć trzeba zawalczyć, wydeptać, dzwonić, apelować, prosić. Tym między innymi zajmuje się Stowarzyszenie Wdów Górniczych i Sierot. To nie jest łatwa praca, ale udaje się wesprzeć choć trochę kobiety, które zostały same z dziećmi.

Ostatnie duże wypadki zdarzyły się na kopalniach Pniówek i Zofiówka. – Odeszło 26 mężczyzn, zostało 42 dzieci. Ktoś powinien im pomóc? Zastukałam do drzwi marszałka, słałam pisma, prosiłam… i te wszystkie dzieci otrzymały jednorazowe wsparcie finansowe. Nieważne jakie, nie ma co mówić, bo znów zacznie się krytyka, hejt, złość i zawiść. Przypuszczam jednak, że każde z tych dzieci, każda z żon oddaliby wszystko, co dostali, byle ich mąż i ojciec wrócił do domu, przytulił, był – mówi Agata. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy