Nowy numer 49/2020 Archiwum

Otwarty jak rana

Ukrywał zawstydzony stygmaty przed światem. Ale ciekawskich przyciągały one jak magnes. Dziś do jego grobu pielgrzymuje ponad cztery miliony ludzi rocznie.

Gdy 20 września 1918 roku zdumiony młodziutki kapucyn zauważył na dłoniach stygmaty, natychmiast poprosił swoich bliskich, by „błagali Boga o zabranie tych znaków i umniejszenie męki”. Ale stygmaty nie zniknęły. Ludzie zaczynali o nich szeptać, a wieść ogarnęła wkrótce całe Włochy. Krwawe ślady męki Jezusa stały się częścią misji Ojca Pio. Znikły dopiero pod koniec życia. Wówczas jedna z jego duchowych córek zdziwiona zawołała: Ojcze, nie masz już ran na rękach! – A czy to takie ważne? – odparował zakonnik. Właśnie. Czy to takie ważne?

Cud goni cud
Im bardziej usuwał się w cień, tym głośniej o nim mówiono. Zajmował ostatnie miejsca, ale ludzie wynosili go na piedestał. Gdy władze zakonne chciały przenieść go do innego klasztoru, wybuchły krwawe zamieszki. Ale ludzi często interesowały jedynie cuda i nadzwyczajności. Pisali do zakonnika tysiące listów i ustawiali się w długich kolejkach do konfesjonału. Dlaczego? Bo był przezroczysty. – Widząc go, widzieliśmy samego Chrystusa – opowiadali poruszeni.

Ojciec Pio był dyskretny. Bracia wspominają, że gdy przyjeżdżał do nich generał zakonu, stygmatyk wychodził mu na spotkanie, ale potrafił tak dobrze ukryć się między nimi, że był nieomal niezauważalny.
To chyba jedyny święty, który doczekał się kolorowego, profesjonalnie redagowanego miesięcznika i satelitarnej telewizji. Nakładu „Voce di Padre Pio” mogą pozazdrościć największe włoskie tygodniki. Każdy numer czyta aż 150 tys. osób. Polski odpowiednik gazety – „Głos Ojca Pio” dociera do 7 tys. czytelników. To sporo, jak na polskie realia. Skąd się bierze fenomen popularności świętego? – pytam redaktora naczelnego pisma o. Tomasza Duszyca.

– Na pewno nie bez znaczenia jest jakaś otoczka nadzwyczajności. Myślę, że nie jest to złe, bo w efekcie może prowadzić do pogłębienia relacji z Bogiem. U wielu ludzi za fascynacją cudami poszło głębokie doświadczenie spotkania z samym Stwórcą. A stygmaty? To jakaś delikatna tajemnica między stygmatykiem a samym Chrystusem. Ludzie z zewnątrz zawsze wywęszą w nich jakąś sensację, a Ojciec Pio ukrywał je, jak tylko mógł. Nawet poddawany niesamowicie bolesnym operacjom nie zgadzał się na narkozę, bo nie chciał, by ciekawscy lekarze zaglądali do ran na rękach. Był wielokrotnie badany. Upokarzało go to, ale przyjmował te doświadczenia z prawdziwa pokorą.

Czego młodzi księża mogą nauczyć się od Ojca Pio? – pytam ojca Duszyca. – Przede wszystkim istoty kapłaństwa, czyli przeżywania Eucharystii. I posłuszeństwa – bez zmrużenia oka odpowiada kapucyn.
Całe życie Ojca Pio koncentrowało się na Mszy świętej. „Świat mógłby istnieć bez słońca, ale nie bez Eucharystii” – zapewniał, a w jego ustach słowa te nie były jedynie piękną metaforą.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także