Nowy numer 48/2020 Archiwum

Skąd się bierze uran?

Wyciąga się go spod ziemi, czyści, wzbogaca, wykorzystuje, a później oczyszcza i… jeszcze raz wykorzystuje. Po kilkudziesięciu latach od wydobycia uran – choć w innej postaci – wraca z powrotem pod ziemię.

Reaktor
Odpowiednio wzbogacony i uformowany w niewielkie pastylki materiał rozszczepialny wkładany jest do wnętrza reaktora. Stamtąd po kilku, kilkunastu miesiącach jest wyciągany i na nawet kilka lat umieszczany w znajdującym się obok reaktora dużym basenie. Wyciągnięte wprost z reaktora paliwo jest bardzo gorące i bardzo radioaktywne. W basenie traci temperaturę i obniża aktywność. Gdy możliwy jest już jego transport, w specjalnych, testowanych na wszelkie okoliczności pojemnikach wypalone pręty uranowe są przekazywane do zakładu przetwarzania odpadów. Do niedawna materiał był rozpuszczany w silnym kwasie i zalewany betonem, szkłem czy żywicą. Następnie pakowany w odpowiednie pojemniki wędrował do tzw. składowiska odpadów wysokoaktywnych. Takie postępowanie jest jednak dużym marnotrawstwem. Wypalone paliwo można – po przerobieniu – użyć jeszcze raz, bo w reaktorze wypala się tylko niewielka ilość umieszczonego w nim uranu. W zakładzie przetwarzania odpadów z wypalonego paliwa odzyskuje się zresztą nie tylko uran, ale także inne pierwiastki, które zostały we wnętrzu reaktora wyprodukowane. Takie jak na przykład jeden z izotopów plutonu. Także on może być wykorzystany jako paliwo jądrowe.

Składowisko
Po roku działalności reaktora jądrowego o mocy 1 GW dostaje się kilkaset kilogramów radioaktywnych odpadów. Czy to dużo? I tak, i nie. Gdyby porównać to do zanieczyszczeń i odpadów (także promieniotwórczych), jakie wiążą się z produkcją prądu z węgla, kilkaset kilogramów rocznie z dużej elektrowni brzmi jak bajka. Bajką nie jest jednak to, że odpady radioaktywne trzeba traktować z dużą ostrożnością. To rodzi spore koszty. Dolicza się je do ceny prądu z atomu. Koszty, o których mowa, trudno jednak dokładnie policzyć, bo doglądać zmagazynowanego paliwa będzie trzeba przez setki lat. Czy to jednak problem tylko energetyki jądrowej? Francja w 58 reaktorach produkuje prawie 80 proc. swojej energii elektrycznej. Równocześnie tylko 2–3 proc. radioaktywnych odpadów, o które trzeba się we Francji troszczyć, pochodzi z energetyki atomowej. Przytłaczająca większość wzięła się z technologii jądrowych stosowanych w medycynie, przemyśle czy nauce.

Po kilkudziesięciu latach to, co pozostało z wydobytego spod ziemi uranu, z powrotem wraca pod ziemię. Niewiele jest w tym uranu. Całkiem sporo jest natomiast pierwiastków, które naturalnie w przyrodzie nie występują. One przez długie dziesięciolecia będą się rozpadały, systematycznie tracąc radioaktywność. Z czasem będą się stawały pierwiastkami stabilnymi. Głębokich repozytoriów (składowisk podziemnych) jest na świecie kilkanaście. W Europie sześć działających i kilka w fazie budowy. W Polsce także będzie musiało powstać składowisko wysokoradioaktywnych odpadów. Nie została jeszcze wybrana ani jego lokalizacja, ani technologia, w jakiej wypalone pręty uranowe będą przechowywane. Czy w Polsce będzie musiał powstać zakład przerobu wypalonego paliwa? Niekoniecznie. Międzynarodowe umowy nie nakładają na nasz kraj obowiązku przerabiania paliwa u siebie. Możemy to robić w Niemczech albo we Francji. To, co jednak po takim przerobie pozostanie musi być składowane w Polsce.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama