Nowy numer 25/2018 Archiwum

Kawał Drogi

Ich seminaria pękają w szwach, a wielodzietne rodziny ruszają w ciemno na misje do blokowisk byłej NRD. Opisujemy „neonów” poprzez kawały, które sami o sobie opowiadają.

I życzę ci, żebyś się w końcu nawrócił – usłyszałem kilka razy w czasie bożonarodzeniowych życzeń. Składali mi je członkowie wspólnot neokatechumenalnych. Takie słowa mogą wielu szokować. Jak to, ja mam się nawracać??? Formacja Drogi pokazuje jednak jak na dłoni, jak wiele siedzi w nas jeszcze poganina.

„Neon” w piekle
Po śmierci facet znalazł się w piekle. Siada na ziemi i drapie się po głowie: Hm, ciekawe, co Pan Bóg chce mi przez to doświadczenie powiedzieć? – Na Drodze Neokatechumenalnej doświadczasz tego, że Bóg mówi do ciebie przez fakty twojego życia – opowiada Grzegorz Wacław „Dziki”, były anarchista, którego poruszające świadectwo zdominowało książkę „Radykalni”. – Nie szepcze do twego ucha, nie posyła ci anioła, który wyraźnie mówi ci, co masz robić (nie wiem, jak innym – na pewno nie mnie!). Odkrywasz Jego drogi w swoim życiu. Nawet wtedy, gdy ostro kłócisz się z żoną. – Aby po chrześcijańsku żyć, trzeba najpierw chrześcijaninem się stać – nauczał Alfred Cholewiński, jezuita, zaangażowany w pierwsze polskie wspólnoty. – W czasie chrztu zostaje w nas złożone nasienie nowego życia; jeżeli ono się nie rozwinie w dojrzałym wieku człowieka, z chrześcijaństwa pozostaje tylko etykieta. Często ubolewał nad tym, że na kazaniach słyszy co chwilkę słowa: „Masz być dobry”. – To ma być Dobra Nowina? – łapał się za głowę. Dobra Nowina jest inna – nauczał. – Bóg kocha grzesznika. Te słowa są filarem formacji Drogi Neokatechumenalnej. – Ja nie potrafię być dobry. Może gorszę parafian, gdy mówię im, że jestem wielkim grzesznikiem, ale myślę, że to pierwszy krok, by cokolwiek przyjąć od Jezusa – opowiada związany z neokatechumenatem od lat o. Stanisław Jarosz. – Nie róbmy z chrześcijaństwa prawa i moralizmu! Noś czapkę, chodź do kościoła, nie pal, uśmiechaj się, nie klnij, nie pluj do góry, nie kradnij. Samo prawo nie jest w stanie nikogo zbawić! Tylko Bóg, który schyla się do grzesznika.

Neokatechumenat to odkrycie na nowo ogromnej wartości chrztu, w którym zostaliśmy zanurzeni jako niemowlęta. Nie dorastaliśmy do wiary jak katechumeni w pierwszych wiekach. – Jestem dopiero kandydatem na chrześcijanina – wyjaśnia znany kompozytor muzyki filmowej Michał Lorenc. – Niewiele wiem. Przy niczym się już nie upieram. Wiem, że chwila przystąpienia do Kościoła była najmocniejszym doświadczeniem w moim życiu: silniejszym od narkotyków, hulaszczego życia i wielkich sukcesów międzynarodowych. Tamte emocje są niczym w porównaniu z oglądaniem życia przez pryzmat Biblii. – Świeżo po moim nawróceniu i wyjściu ze wschodnich duchowości trafiłem na katechezy neokatechumenalne – opowiada Maciek Sikorski (na okładce z rodziną). – Pamiętam, że katechista stał na środku z krzyżem i mówił: „To jest nasza droga. Wszyscy tak skończymy”. A było to tuż przed naszą deklaracją, czy chcemy wejść na Drogę! Konkret. Żadnego owijania w bawełnę. Uwiodło mnie połączenie tradycji hebrajskiej z chrześcijaństwem, wyjaśnianie znaczenia biblijnych świąt i nieustanne karmienie się Słowem. Dziś doceniam też element szczerości, stawanie oko w oko z braćmi i mówienie sobie prawdy. W innych wspólnotach widziałem mechanizm: nie mówmy o przykrych rzeczach, bo, nie daj Boże, jeszcze kogoś urazimy. Na Drodze staramy się stanąć przed sobą w prawdzie. Zazwyczaj bardzo bolesnej.

Jestem poganinem
Stoją dwie prostytutki przy autostradzie: Jedna pyta się drugiej: A siostra ile lat na Drodze? Można się święcie oburzyć, gdyby nie to, że dowcip ten słyszałem wielokrotnie z ust „neonów”. Bo nie jest on jedynie prymitywnym kawałem. Zawiera ziarno prawdy. Na Drodze do dziś opowiada się historię o inicjatorze ruchu Kiko Argüello, który odwiedził jedną ze wspólnot. Stanął wśród modlących się i rzucił: „Kto nie czuje się jak prostytutka, może wyjść”. Nikt nie opuścił sali. Dlaczego? Bo jednym z podstawowych charyzmatów ruchu jest uświadomienie człowiekowi, że nieustannie zdradza Boga. Często szokują nas wypowiedzi „neonów”, którzy mówią o sobie: „Z dnia na dzień czuję się coraz gorszy” (Tomasz Budzyński). – Budzę się rano i konstatuję, że nie jestem chrześcijaninem – wyjaśnia prof. Jan Grosfeld, neokatechumenalny katechista. – Dlaczego? Bo od rana jestem niezadowolony, narzekam: O Boże, znów czeka mnie to i tamto. Harówka, praca, użeranie się z dziećmi. To zresztą świetny probierz tego, co jest moim krzyżem, wystarczy zobaczyć, co sprawia, że jestem markotny, smutny, że nie chce mi się żyć. Chrześcijanin to człowiek, który wstaje rano i mówi: Panie Boże, jaki jest Twój pomysł na dzisiejszy dzień? A my ledwie przetrzemy oczy, narzekamy na życie. I tak na okrągło.

« 1 2 3 »
oceń artykuł

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji