Nowy numer 43/2020 Archiwum

Ewa czekała na Adama

Ewę denerwuje, jak ktoś mówi o „posiadaniu dziecka”. - Ten zwrot nosi w sobie piętno konsumpcjonizmu - uważa.

Powinno się mówić o „dawaniu życia”, niezależnie czy jest biologiczne, czy na drodze adopcji. Bo adoptowanemu dziecku też się daje miłość i wszystko inne. Adam i Ewa Kremcowie z Chorzowa są 11 i pół roku po ślubie. Dokładnie 22 i pół miesiąca temu stali się rodzicami Błażejka. Na adopcję czekali całe dwa lata. Przez ten czas starannie przygotowywali się do przyjęcia nowego. Uczyli się na przykład, jak na nowo rozmawiać. Rozwiązywać konflikty, nie krzycząc, bo bywają wybuchowi. A to nie byłoby dobre w procesie wychowawczym. – Błażejek to takie Boże dzieciątko pod każdym względem – mówi Ewa. – Wniósł ład i spokój w nasze życie, teraz mamy je rozplanowane i zorganizowane. Przedtem, kiedy się tylko dało, wyjeżdżaliśmy, wybieraliśmy się na długie wakacje.

Problemy
U Ewy, już kiedy była nastolatką, zaczęły się problemy hormonalne. Wiedziała, że po ślubie mogą pojawić się kłopoty z poczęciem. Ale wiedziała też, że nie będzie przyjmować hormonów stosowanych w terapii, bo powodują totalne rozchwianie psychiki. – Kobiety „sterowane” dodatkowymi hormonami pobudzającymi owulację ulegają huśtawce nastrojów. Nikt ich nie ostrzega, że to zaburza odbiór rzeczywistości. – Stwierdziliśmy, że nie mając własnych dzieci, będziemy dawać siebie innym – opowiada Ewa. – Oboje jesteśmy nauczycielami, od początku mieliśmy z młodzieżą żywy kontakt, uczyliśmy ją nie tylko w szkole, ale zapraszaliśmy do domu. Dopiero przed ponad dwoma laty oboje dojrzeli do adopcji. Ewa była gotowa wcześniej, ale czekała na Adama. – Żona nie może naciskać, bo prędzej czy później to wyjdzie w wychowaniu dziecka – uważa. – Potem w krytycznym momencie mógłby wypomnieć: „Przecież go nie chciałem”.

Argumenty
Ewa jest z wykształcenia biologiem. Kiedy lekarz zaproponował im zapłodnienie in vitro, wiedziała, że z niego nie skorzysta. – Cel nie może uświęcać środków – powtarza. – Żebyśmy mieli jedno dziecko, musielibyśmy się zgodzić, że zginą inne, które będą się gorzej rozwijać. Te nadprogramowe zarodki były dla nich podstawowym problemem moralnym. – Jajeczko połączone z plemnikiem to kompletna komórka z własnym kodem DNA, ze swoim metabolizmem, a więc nowa istota obdarzona duszą nieśmiertelną – opowiada. Po drugie zdecydowanie wykluczała stosowanie hormonów. Przyznaje, że ten czas, kiedy jeszcze nie zdecydowali się na adopcję, a wykluczyli „medyczne” rozwiązanie problemu, nie był łatwy. – Pojawiła się myśl o rozstaniu, byliśmy swobodni, nie łączyło nas dziecko – wspomina. – Ale uświadomiłam sobie, że nie po to połączył nas Bóg, żebyśmy się rozstawali.

Urodziny w 9. dniu
Miał 9 dni, gdy zobaczyli go po raz pierwszy. „Proszę usiąść, kiedy weźmie go pani na ręce” – ostrzegała ordynatorka. – Nie mdleję, ale to było przeżycie – uśmiecha się Ewa. – Pamiętam swoje pierwsze słowa na jego widok: „Mój Boże, jaki on jest piękny!”. Miał czarne jak węgielki oczka i czarniutkie włoski. Zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Jeszcze trzeba było poczekać przepisowych 6 tygodni. W pewnym momencie biologiczni rodzice zaczęli się wahać, czy zatrzymać maleństwo, ale ostatecznie to oni zabrali je do domu. Nadali mu imię Błażej, bo sam je sobie przyniósł 3 lutego. Tych sygnałów, że nad ich synkiem czuwa Opatrzność, było według Ewy więcej. Kiedy go odbierali ze szpitala, przypadał dzień św. Józefa (takie imię dali mu na drugie). Rozprawa adopcyjna odbyła się w drugi dzień Zielonych Świąt.

Błażejek
– Mówię znajomym, że nauczyłam się wiary od swojego dziecka – opowiada Ewa. – Jak idziemy nawet na jak najkrótszy spacer, Błażejek ciągnie mnie do kościoła i woła „Bozi amen”. Raz poprosił, żeby wziąć go na rączki i pokazał na krzyżyk wiszący na ścianie. To był dla mnie szok, bo jak mu go podałam, to go pocałował. Nie wiedziałam, jak na to reagować, ze wzruszenia chciało mi się płakać. Jest bardzo samodzielny, sam je, biega, gdzie chce. Adam i Ewa mają liczną rodzinę. Podczas wigilii, kiedy przy stole siadło 13 osób, widzieli, jak wszyscy kochają Błażejka. – Jeszcze bardziej niż gdyby był naszym biologicznym dzieckiem – uważa Ewa. Maluch jest do nich bardzo podobny i wielu nie może uwierzyć, że go adoptowali. – Nie ukrywamy adopcji – mówi Ewa. – Nie ma się czego wstydzić. Każdy zna jakąś rodzinę, gdzie adoptowano dziecko. I zawsze są to pozytywne doświadczenia.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama