Nowy numer 49/2020 Archiwum

Zabiłam cztery razy

Świetnie rozumiem Agatę. Byłam kiedyś w podobnej sytuacji jak ta dziewczyna.

Mimo iż miałam wtedy 19 lat, zostałam zaszczuta jak ona. Przez własną matkę, która zmusiła mnie do skro-banki. Do dziś jest żywe we mnie wspomnienie tamtej rozpaczy. Mimo że byłam ateistką i usiłowano mnie przekonać, iż TO, co w sobie noszę, jest tylko zlepkiem komórek – broniłam się rozpaczliwie przed zabiegiem. Instynktownie czułam, że najbliższa mi osoba chce mnie skrzywdzić. Matki nie przekonało ostrzeżenie lekarza, iż mogę już nigdy nie móc urodzić dziecka. W jej oczach byłam smarkulą, która do macierzyństwa nie dorosła, a ona nie czuła się na siłach stawić czoła opinii środowiska, w którym żyłyśmy.

Pamiętam tamten wieczór, jakby był wczoraj. Następnego dnia miałam mieć aborcję. Błagałam, by mi tego nie robiła. To był 11. tydzień. Nie wiem, skąd mi się wzięło, że krzyknęłam: ono ma już przecież paznokcie. W rozpaczy dodałam: to grzech. Skąd wiedziałam ja, niemająca żadnej styczności z Kościołem? Usłyszałam wtedy: Nie urodzisz tego bachora, a jeżeli to zrobisz, to was na progu tego domu zabiję. Jeżeli jest to grzech, biorę go na swoje sumienie. Nie znałam wtedy nikogo, kto byłby w stanie mi pomóc, nie wiedziałam nawet, że jeszcze są jacyś normalni księża. Gdyby była wtedy taka ustawa, jak jest dziś, mogłabym powiedzieć, że nie wolno łamać prawa. Choć nie jestem pewna, czy moja matka nie wymyśliłaby czegoś podobnego jak matka Agaty. Miała na mnie tak silny wpływ psychiczny, że być może też bym zeznała, iż ciąża jest z gwałtu.

Poszłam więc i zrobiłam, jak mamusia chciała. Niedługo później wyszłam za mąż. Gdy okazało się, że znowu spodziewam się dziecka, wystarczyły już tylko jej słowa: usuniesz. Następna ciąża i już nic nie trzeba mi było mówić. Poszłam tak, jak się idzie do dentysty. Przy tej czwartej mój młody mąż nie chciał już się zgodzić. Prosił, żebym urodziła. Nie chciałam nawet słuchać. Przyprowadził swoją mamę, która mnie bardzo kochała, licząc, że może ona mnie przekona. Jego mama miała wtedy ponad 60 lat – on był 4. dzieckiem, które urodziła w wieku 45 lat. Oczywiście moja mamuśka stanęła po mojej stronie – że młodziutka jestem (20 l.) i nie można mi życia łamać. Mama mojego męża siedziała na krześle i tylko bezgłośnie płakała. Warknęłam: odczepcie się, ja chcę jeszcze sobie pożyć.

Po tej skrobance lekarz zapisał mi tabletki. Nie dawano ich wtedy kobietom, które nie rodziły. Kolejna ciąża mogła mnie zabić – wyskrobana macica była zbyt słaba – wybrano mniejsze zło. Urodziłam później dwoje dzieci. Po pierwszym porodzie byłam okazem szpitalnym. Wybrykiem medycznym. Ciąża piąta, poród pierwszy, dziecko z konfliktu serologicznego. Pokazywano mnie personelowi medycznemu jako ciekawy egzemplarz. Córeczka, gdy miała trzy tygodnie, zaczęła umierać. Z trudem ją odratowano. Podobnie było (po dwóch latach) z synkiem. Nie potrafiłam jednak kochać swoich dzieci. Nie umiałam być matką. Wtedy nie wiedziałam, dlaczego. Zrozumiałam to dopiero po wielu latach. Gdy moja córka, mająca ze sobą duże problemy zdrowotne, poinformowała mnie, że spodziewa się dziecka (przyszły ojciec okazał się alkoholikiem), było oczywiste, że urodzi. Do 3. roku życia wnuka to my z mężem mieliśmy maleństwo. Teraz już sobie radzi (mały ma 5 lat). Możemy obie powiedzieć, iż jedyna rzecz, jaka nam się w życiu udała, to ten maluch. Świetnie się rozwija i jest silnym i zdrowym dzieckiem.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama