Nowy numer 28/2018 Archiwum

Muzułmanin na rękach Jezusa

Był 48 godzin nieprzytomny po tym, jak jego ford Eskort spadł w 300-metrową przepaść i spłonął. Pamiętał tylko, jakby ktoś go trzymał, ratował. Półtora roku później rozpoznał tego Kogoś – to był Chrystus z obrazu z podpisem: „Jezu, ufam Tobie”.

Zuq Spanca jest Albańczykiem z Kosowa. Studiował w Bel-gradzie prawo, ale zbyt głośno domagał się, by jego rodacy mieli takie same prawa jak Serbowie. – Oni dostawali po 20 000 dinarów stypendium, a ja 200 dinarów – wspomina Zuq, dodając, że na III roku wyleciał z uczelni z wilczym biletem i w 1974 r. przyszły adwokat czy sędzia został… rolnikiem.

Katastrofa
W 1991 r. wybrał się z kolegą samochodem do krewnych, mieszkających w Turcji. – To było 27 maja. Minęliśmy już granicę bułgarską koło miejscowości Keskendil. (Wiesz, jakie tam są góry? Jakie drogi? Tu, w Polsce, to łatwo jest jeździć samochodem, nie to, co na Bałkanach!) Jechałem szybko, było ślisko. Trafiłem w drzewo. Samochód ze mną spadł 300 metrów w dół i spłonął. Kolega miał spory brzuch i dlatego nie był przypięty pasami. Wypadł z auta, zanim spadło w przepaść. Myślał, że nie żyję. Wrócił do Kosowa, bliscy zaczęli przygotowania do mojego pogrzebu. Ja jednak cudem przeżyłem. Podobno policja wyciągnęła mnie z wraku. 48 godzin byłem nieprzytomny. – To chyba jakiś Polak – mówili o mnie Bułgarzy w szpitalu w Sofii, bo słyszeli, że chociaż jestem nieprzytomny, próbuję coś mówić po polsku. Pamiętam, że jakbym widział wtedy Kogoś, kto mnie trzyma, a ja próbuję mu dziękować po polsku. Dlaczego po polsku? Nie wiem. Zbudziłem się. Powiedziałem, że jestem z Kosowa. Wysłałem telegram do domu, że żyję. Ale jeszcze leżałem w szpitalu ze złamanym stawem biodrowym i rozciętą głową. W czerwcu wróciłem do domu.

Przez lasy o kulach
W 1992 r. Zuq dostał powołanie do wojska jugosłowiańskiego (czytaj: serbskiego). – 13 września miałem się zgłosić, żeby walczyć z Bośniakami – mówi Zuq. – Nie było sensu walczyć dla nikogo. A jak bym nie chciał zabijać, to Serbowie by mnie zabili. Prosiłem Pana Boga, żeby mnie od tego uchronił. W nocy z 12 na 13 września obudził mnie głos: „Wstawaj!”. Potem jeszcze raz: „Wstawaj!”. Wstałem, ale nikogo nie było. Pytam siostrę: – Nie słyszałaś? Tak głośno? – Nie, to chyba przez ten wypadek coś ci się stało w głowę… – Chyba zwariowałem – pomyślałem i położyłem się. Ale potem jeszcze raz słyszę: „Wstawaj, bo przed tobą długa, ciężka droga!”. – I rzeczywiście wstałem i poszedłem o kulach z Mitrowicy do Skopje – opowiada Zuq. – Tam zatrzymało mnie wojsko serbskie, ale uciekłem i szedłem przez lasy do Bułgarii. Jakiś taksówkarz wziął mnie do Sofii. Dostałem się do samolotu do Polski. Dlaczego do Polski? Bo miałem w Skierniewicach znajomych, którzy przyjeżdżali do nas, do Jugosławii, na handel i na wakacje w moim domu nad morzem w Czarnogórze, w Ulcinie. Cała ta włóczęga trwała 33 dni. Nie wiem, czy miałbym dziś odwagę tak iść o kulach 33 dni.

To był On!
Przyjechałem do Polski w piątek, a w niedzielę trafiłem w Skierniewicach do kościoła św. Jakuba. Był tam obraz Pana Jezusa z podpisem: „Jezu, ufam Tobie”. Rozpłakałem się. To był On! To Jego widziałem, jak mnie trzyma po wypadku! Z Polski wysłałem telegram do Shkurty – Albanki, która tak jak ja leczyła się w sanatorium w miejscowości Peć. Pisałem, żeby przyjechała do Polski na leczenie. – Miałam 22 lata, byłam studentką pedagogiki. Za mój naród byłam gotowa oddać życie. Na demonstracji w rodzinnym mieście Klina serbski policjant postrzelił mnie w kręgosłup – mówi Shkurta i opowiada, jak trafiła do szpitala w Belgradzie.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji