Nowy numer 48/2020 Archiwum

Nabite w butelkę

Przychodzi kobieta do lekarza i mówi: „Zrobię wszystko, żeby mąż przestał pić”. W odpowiedzi słyszy: „Potrzebne będzie leczenie – pani”. „Ale to mąż pije, dlaczego ja mam się leczyć?!” – oburza się pacjentka. Tymczasem leczenie ze współuzależnienia to jedyna droga ratunku.

Takie życiorysy jak Ela ma tysiące żon alkoholików. Zanim przekonała się o tym na spotkaniach w Al-Anonie, myślała, że problemy w jej małżeństwie są jak „wańka-wstańka” – już niby przyduszone i opanowane, a tu myk, wymykają się spod kontroli.

Źle zaczęło się dziać wtedy, kiedy było dobrze: po trzech latach starań urodził się Adaś, firma męża wreszcie zaczęła dobrze prosperować, przenieśli się od teściów do własnego mieszkania. Na początku Ela myślała, że wieczorne powroty męża po kilku piwach to odreagowanie i trzeba je przeczekać jak ospę. Ale było coraz gorzej: alkohol pojawiał się w pracy, w domu, w soboty, niedziele, kiedy świętowali sukces i kiedy przyszły problemy. Przekonywała i groziła, płakała i wrzeszczała – bez skutku. Wieczorem drżała i nasłuchiwała klucza w drzwiach, rano słuchała przeprosin i obietnic, że to był ostatni raz. Kiedy firma męża splajtowała, zacisnęła zęby: dziecko codziennie dowoziła do teściów, poszła do pracy, popołudniami dodatkowo wklepywała dane w komputer. Mąż szukał pracy, ale jak już coś znalazł, pracował najwyżej miesiąc. Co drugi dzień słyszała, że jest głupia, że pije przez nią. Pomyślała, że ma rację. Po pracy odbierała dziecko od teściów, robiła zakupy, gotowała obiad, w niedziele piekła ciasto, dom lśnił. I tylko czułości nie mogła z siebie wykrzesać.

Nic się nie zmieniło, kiedy na świecie pojawił się Antoś. W ciąży czuła się źle, a mąż znikał na całe noce. Nawet kiedy nad ranem przyszły bóle porodowe – leżał obok na łóżku pijany. Poradziła sobie: wezwała karetkę, wzięła torbę, zamknęła drzwi, po południu zadzwoniła z porodówki. Pierwsze tygodnie po porodzie to było piekło: Adaś miał szkarlatynę, Antoś kolkę, mąż opijał drugiego syna, ona płakała. Została sama, bo wstydziła się prosić kogoś o pomoc. Kiedy Antoś trafił do szpitala z podejrzeniem wady serca, mąż „poszedł w ciąg”. O północy wracała ze szpitala od Antosia, drzwi otwierał jej zalany mąż z pretensjami o nieugotowany obiad. Wtedy coś w niej pękło. Spakowała walizki. On błagał, obiecywał poprawę – została. Potem pakowała się jeszcze wiele razy, ale nigdy nie miała dość siły i wiary w siebie, żeby od niego odejść. Kochała go, kiedy był trzeźwy, opiekuńczy, kiedy bawił się z synkami… Jeden kieliszek zmieniał wszystko. Nie odeszła nawet wtedy, gdy z konta zaczęły znikać pieniądze, a do drzwi pukali wierzyciele. Brała leki przeciwko depresji i pracowała jeszcze więcej, żeby spłacać następne długi. Prosiła, żeby się leczył, płaciła za wszycie esperalu i akupunkturę, rzekomo leczącą z alkoholizmu… On pieniądze przepił, esperal wydłubał.

Czuła, że dochodzi do ściany i dłużej nie wytrzyma. Od psychologa usłyszała, że jest współuzależniona i nieświadomie wspomaga picie męża. Po czterech latach terapii jest w separacji, złożyła wniosek o alimenty. Ma czterdzieści trzy lata i dopiero teraz żyje.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama