Boiskowe chuligaństwo pojawiło się w Polsce w latach siedemdziesiątych. Teraz zdarza się, że chuligani w szalikach klubów sportowych potrafią opanować już nie tylko stadion, ale nawet centrum średniej wielkości miasta, jak niedawno zdarzyło się w Mielcu. Co trzeba zrobić, by opanować sytuację?
Być może jakąś receptą jest skorzystanie z wzorów angielskich. Jeszcze kilka lat temu postrachem sympatyków sportu na całym świecie byli kibice z Wysp Brytyjskich.
Tamtejszej policji udało się jednak częściowo ich poskromić. – Nam też się uda, jeśli wszyscy – policja, kluby sportowe, władze gmin, rząd, media i reszta społeczeństwa – będziemy grać w jednej drużynie. Bo do tej pory nie zawsze tak było – uważa komisarz Tomasz Pantak z Wojewódzkiej Komendy Policji w Katowicach. Żeby zwalczyć jakieś zjawisko, trzeba je najpierw dokładnie poznać. Tymczasem społeczeństwo ma często błędne przekonanie o światku kibiców. Większość ludzi wierzy w mity, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.
Mit pierwszy:to tylko chaotyczne bójki
Zwykle sądzi się, że grupa kibiców spotyka się tylko na meczu, jest niezorganizowana, a do bójek dochodzi spontanicznie pod wpływem emocji związanych z zawodami. Tymczasem subkultura kibiców jest bardzo złożona. Składa się z kilku współpracujących ze sobą grup (patrz: słowniczek). Przy każdym klubie, od pierwszej do czwartej ligi włącznie, stale działa grupa licząca od stu do trzystu osób. Około dziesięciu procent tych ludzi to tzw. hoolsi: niecofający się przed niczym przestępcy, których celem jest udział w bójkach. Przez cały tydzień trenują oni sztuki walki pod okiem profesjonalnych trenerów, by w sobotę być w formie.
– Kiedyś zasugerowaliśmy dyrektorce jednej ze szkół, aby nie wynajmowała sali gimnastycznej na treningi ludziom, o których wiedzieliśmy, że należą do hoolsów. Zrobiła wielkie oczy: „Jak to? To tacy mili chłopcy. Lepiej niech sobie ćwiczą, niż żeby mieli kogoś napadać”, oburzyła się. I nie posłuchała naszej prośby – wspomina kom. Pantak.
Największe bójki nie są spontaniczne. Ich czas i miejsce chuligani starannie planują. – Zaskoczyli nas 3 maja 2004 roku. Na zwykły mecz ligowy Ruchu z ŁKS przyjechali do Chorzowa hoolsi z całej Polski. Umówili się przez Internet, wiedząc, że 1 i 2 maja w Warszawie miała być demonstracja antyglobalistów i policjanci z całego kraju pojechali do stolicy. A Chorzów wybrali dlatego, że przez dwa lata był tam spokój – mówi starszy aspirant Michał Pogoda.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








