Nowy numer 43/2020 Archiwum

Zabijmy to dziecko

Lekarz i sąd uparli się, by zamordować roczne dziecko. A jego rodzice wciąż walczą o to, by mogło żyć.

Historia Josepha Maraachli, nazwanego już przed media Baby Joseph, brzmi absolutnie niewiarygodnie i wydaje się niemożliwa w cywilizowanym kraju, a jednak wydarzyła się ona i dzieje się nadal naprawdę.

W Kanadzie!
Joseph ma trzynaście miesięcy. Od urodzenia cierpi na ciężkie neurologiczne schorzenie, które na pewno zakończy się jego śmiercią. Jego rodzice wiedzą o tym doskonale, bowiem osiem lat temu zmarło inne ich dziecko na tę samą chorobę. Tylko że wtedy sytuacja była inna. Lekarze nie tylko nie proponowali przyspieszenia śmierci, ale przeprowadzili wszystkie niezbędne zabiegi czy operacje, by dziecko mogło zostać przeniesione do domu i tam, w otoczeniu najbliższych, odejść do Pana. Tym razem stało się inaczej. Lekarze uznali, że dziecko jest w stanie wegetatywnym i że w związku z tym nie ma powodów, by przeprowadzić dość prosty zabieg tracheotomii, który pozwoli dziecku żyć bez podłączenia do tuby umożliwiającej oddychanie. Ale to nie wszystko. Medycy postanowili także, że dość już utrzymywania chłopca przy życiu i że trzeba go od rury podającej tlen odłączyć.

Rodzice odwołali się do sądu, a ten… – i to jest już absolutnie kuriozalne – uznał, że lekarze mają rację, i wyznaczył nawet termin, w którym maluch miał być uśmiercony przez odłączenie od aparatu wspomagającego oddychanie i zastrzyk wstrzymujący akcję serca. Helen Rady, sędzia, która wydała wyrok śmierci, opowiadała coś o tym, że decyzja była „trudna i smutna”, a także nakazała szpitalowi umożliwić rodzinie pożegnanie się z chłopcem, ale uznała też, że można i trzeba go zabić. Tuż po decyzji sądu apelacyjnego (w pierwszej instancji wydano podobny wyrok) rodzice byli już niemal pewni, że stracą dziecko. – W poniedziałek o 10.00 rano oni zabiją moje dziecko. Nie ma w tym ani trochę człowieczeństwa. Nie ma już wyjścia. Próbowałem zrobić dla niego co tylko było w mojej mocy, ale nie można już się odwoływać. Nie można już nic zrobić – mówił zrozpaczony ojciec chorego chłopca, Moe Maraachli. I dodawał: – Mój syn nie jest przestępcą, pozwólcie mu po prostu umrzeć.

„Warzywo”, które reaguje na łaskotki
Przyczyną wydania wyroku śmierci na małego Josepha ma być fakt, że – zdaniem niektórych lekarzy – znajduje się on w stanie wegetatywnym, który czasem określany jest przez dziennikarzy mianem „stanu warzywa”. Kłopot z tym „orzeczeniem” jest tylko taki, że zwyczajnie nie trzyma się ono kupy i może to zobaczyć każdy, kto zajrzy do internetu. Dziecko, rzekomo całkowicie pozbawione świadomości czy kontaktu z rzeczywistością, jest wiązane przed zabiegami, by w nich nie przeszkadzało. A poza tym reaguje nie tylko na łaskotki, ale także na zimne dłonie, a nawet na głaskanie go po włosach.
To wszystko skłania do uznania, że nie da się powiedzieć o Josephie, iż znajduje się on w stanie wegetatywnym. – Posługiwanie się w odniesieniu do niego terminem „stan wegetatywny” to stosowanie sloganów, które mają znaczenie czysto utylitarne, mające umożliwić przerwanie leczenia –
uważa dr Paul Byrne, neonatolog z wieloletnim doświadczeniem, były prezes Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy. Ale wszystkie te uwagi lekarze z London Health Sciences Centre odrzucają i zapewniają, że ich celem jest dobro pacjenta i że tracheotomia, choć niewątpliwie przedłuży Josephowi życie, to nie spowoduje polepszenia jego jakości. A zatem nie ma powodów, by ją przeprowadzać. Każdy zaś, kto sądzi inaczej lub kto oskarża ich o chęć zabicia dziecka czy eutanazję, może się spodziewać procesu, bo-wiem „specjaliści” ze szpitala uważają, że to ich obraża.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama