Nowy numer 43/2020 Archiwum

Wyzwolony

5 maja sprzed 65 lat Józef pamięta jak dziś. Usłyszał wtedy turkot i po chwili do obozu koncentracyjnego wtoczył się amerykański opancerzony wóz rozpoznawczy. Wysiadło dwóch Amerykanów z rewolwerami. Jeden z nich przemówił do więźniów łamaną polszczyzną.

Dzisiaj Józef Pielorz jest księdzem z zakonu oblatów. Wie, do jak strasznych grzechów zdolny jest człowiek. Doświadczył tego na własnej skórze w niemieckim obozie Mauthausen, który przez wielu był uważany za miejsce straszniejsze nawet od Auschwitz. Ojciec Józef trafił tam jako nowicjusz. Przeżył w Mauthausen-Gusen całe pięć lat.

Strzał do sadysty
Mauthausen zostało wyzwolone jako ostatni z wielkich obozów. Tamtego majowego popołudnia w 1945 r. w obozie nie było już esesmanów. Uciekli, zanim zbliżyli się Amerykanie. Wcześniej próbowali zabić naraz wszystkich więźniów z podobozów w Gusen, czyli ponad 18 tys. ludzi (w tym 8 tys. Polaków). Stłoczyli ich w sztolni Messerschmitta i próbowali wysadzić jedyne wejście, ale ładunek nie odpalił. Kolejnej próby nie zdążyli przeprowadzić. Po ucieczce esesmanów w obozie zostało sporo innych sadystów: więźniów funkcyjnych, kapo i blokowych. Miejsca w wieżyczkach strażniczych zajęła zwykła austriacka policja i straż pożarna. Ledwie zjawił się samotny wóz Amerykanów, strażnicy bez walki złożyli broń. Dwaj Amerykanie z rewolwerami w dłoniach wysiedli z wozu i podeszli do uszczęśliwionych więźniów, ustawionych w równych szeregach na placu. Ten widok musiał wywrzeć na Amerykanach piorunujące wrażenie, bo przed nimi stała armia żywych kościotrupów. Pod pasiakami nie było widać, jak żałośnie skóra więźniów opina ich sterczące żebra. Żołnierze zobaczyli jednak potwornie wychudłe twarze więźniów i ich zapadłe oczy. – Pamiętam tego Amerykanina, później się dowiedziałem, że się nazywał Albert Kośka. Usłyszałem, jak pyta nas łamaną polszczyzną: „Kto was najwięcej dręczył?” – wspomina ojciec Józef. – Więźniowie wskazali mu jednego z najgorszych sadystów. Żołnierz jednym strzałem zabił go na miejscu – dodaje.
Wolność i zemsta

Ten strzał zadziałał jak sygnał do krwawego odwetu na kapo i blokowych. Byli to często niemieccy więźniowie kryminalni. Niektórzy przez ostatnie lata bestialsko mordowali innych więźniów, jeśli tylko byli w złym humorze. Teraz karta się odwróciła, a demon zemsty zamroczył głowy wielu dotychczasowym prześladowanym. Kto z więźniów funkcyjnych, którzy byli sadystami, nie zdążył przeskoczyć przez płot i uciec, był bity na śmierć nawet zwykłymi kijami. – Na naszym bloku był jeden kapo, który kierował pracą Rosjan w kamieniołomach. Dał się tym Rosjanom we znaki. Nazywał się jak Polak, Lipski czy Lipiński, ale był Niemcem. Po wejściu Amerykanów wpadł do naszego baraku, wyjął zło-to, które miał schowane w skrytce pod podłogą, i próbował uciec z obozu. Ale przed barakiem, na moich oczach, dopadło go trzech albo czterech Ruskich. Wrzeszczał, a oni dźgali go nożami. Potem zawlekli go do krematorium i spalili – wspomina ojciec Józef. – Dwie trzecie kapo i blokowych to były straszne diabły. Ale nikt nie tknął tych, którzy po ludzku się obchodzili z innymi więźniami, na przykład mojego blokowego, który był dobrym człowiekiem – mówi.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama