Nowy numer 32/2020 Archiwum

W cieniu Hezbollahu

Kręta droga z doliny Bekaa wznosi się ku granicy izraelskiej. Granicy nie uznawanej przez Liban. Tu miejsca wybuchu przeszłych i przyszłych wojen sąsiadują ze sobą. Kiedyś byli tu templariusze. Teraz jest Hezbollah.

Północna połowa miasteczka Ghadżar powinna wrócić do Libanu. Południowa leży na okupowanych przez Izrael Wzgórzach Golan, więc szanujące prawo międzynarodowe mapy pokazują je w Syrii, choć syryjskiej władzy nikt tu od 1967 r. nie widział. Lada chwila ma tu wrócić „normalność”, tzn. Izrael zamierza zwrócić północny kawałek Ghadżar pod kontrolę Libanu. A raczej zwróci pod kontrolę ONZ-owskich sił UNIFIL, bo na południu Libanu państwo z cedrem w herbie reprezentuje partia z kałasznikowem na fladze, czyli Hezbollah. W ramach przywracania „normalności” Liban ma wziąć na siebie dostawy wody dla całego Ghadżar. Izrael będzie dostarczał prąd. Czyli co komu łatwiej. Niedaleko, po libańskiej stronie płynie rzeka Litani. Izraelowi w przeszłości nie raz chodziło po głowie odwrócić jej bieg w kierunku swoich osiedli w kotlinie Hula i w Galilei. Natomiast o elektryczność łatwiej z Izraela, gdyż pozbawiony bogactw naturalnych Liban importuje prąd z Syrii. Ludność Ghadżar – głównie alawici (małe muzułmańskie ugrupowanie religijne, do którego należy rządząca Syrią od 40 lat rodzina Asadów) – też nie pali się do przejścia pod kontrolę Hezbollahu (sojusznika Syrii), który uważa ich za sekciarzy. Wielu z nich przyjęło paszporty izraelskie, co źle im wróży na przyszłość. Negocjacje się toczą i trudno przewidzieć ich wynik.

Geografii nie oszukasz
Trochę dalej na wschód, na stokach biblijnej Góry Hermon, leżą Farmy Szebaa, o które Hezbollah stoczył z Cahalem (armia izraelska) wiele walk. Ich okupacja przez Izrael posłużyła Partii Boga za wymówkę, by jako jedyne ugrupowanie nie musiała po libańskiej wojnie domowej składać broni. Wszak dalej walczy o wyzwolenie okupowanej ziemi libańskiej. Izrael twierdzi jednak, że farmy należą do Wzgórz Golan. Więc jeśli je zwracać, to Damaszkowi. Tak to Izrael broni przed Libanem syryjskich interesów. Tyle że na razie nie widać, by chciał się Golanu pozbywać. Syria też przywykła do straty strategicznego pasma. Całe pokolenie urodziło się i dojrzało w Syrii bez Golanu. To samo pokolenie od 1975 r. dojrzewało w przekonaniu, że Liban to taka „bliska zagranica”, gdzie nie ma kontroli wjazdu, a wolnorynkowa gospodarka i względna swoboda polityczna pozwalały na to, czego nie wolno było w Syrii. Wygodne. W końcu – choć nikt tego głośno nie powie – Syria zrozumiała, że lepszy Liban w garści niż Golan na dachu.

W pewien sposób tak jest do dziś. Po wycofaniu wojsk syryjskich z Libanu w 2005 r. i okresie międzynarodowej izolacji Damaszku, która trwała w zasadzie do ubiegłego roku, wydawało się, że tzw. rewolucja cedrów na trwałe związała Bejrut z Zachodem. Ale geografii nie da się oszukać. Gdy nie ma mowy o podaniu ręki Izraelowi – Libanowi pozostaje tylko Syria. Bliska mu kulturowo i tożsama językowo. Gdy nieuprzedzonym wzrokiem spojrzymy na mapę, zobaczymy, że Bejrut to po prostu naturalny port dla Damaszku. Dlatego nowy premier Libanu Saad al-Hariri schował urazy do kieszeni i w pierwszą od 2005 r. podróż (w grudniu 2009 r.) udał się do Damaszku. Mimo że jeszcze niedawno wskazywał na Syryjczyków jako zleceniodawców zamachu na jego ojca - Rafika.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama